piątek, 30 grudnia 2016

"To właśnie ja..." subiektywnie o płycie "Forever Child "

Zachwyciłam się. Tak zwyczajnie. Po prostu. Wtedy, gdy po raz pierwszy w stacji radiowej były prezentowane utwory z nowiutkiej płyty Agnieszki Chylińskiej. A było to w listopadzie. Już wtedy wiedziałam, że muszę mieć ten krążek, a mój mąż miał z głowy problem, co kupić mi pod choinkę.
Czym zachwyciła mnie właśnie ta płyta? Odpowiedzi jednej nie ma, bo Agnieszkę Chylińską jako artystkę cenię już od dawna, a jednak w moim zbiorze płyt, jak dotąd nie zagościła. Dopiero "Forever Child". Nie jest to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Dla uszu, nieprzyzwyczajonych do mocnych brzmień, może być zbyt agresywna. Niektóre kawałki nasuwają skojarzenia ze stylistyką i brzmieniem zespołu Prodigy, część jest bardzo elektroniczna, ale są też bardziej delikatne i liryczne utwory. Ale nie chcę rozpisywać się o muzycznych zawiłościach i niuansach, bo nie jestem żadnym znawcą, krytykiem muzycznym czy wykwalifikowanym recenzentem. Muzyka broni sie sama, a mi taki rodzaj brzmień bardzo odpowiada. To, czym zachwyciła mnie płyta, to warstwa słowna. Wymowa. Sens. Głębia ukryta w prostych zdaniach. W niesamowitym ładunku emocjonalnym. A przede wszystkim w tym, że w każdym z utworów zamieszczonych na tej płycie odnajduję siebie. Każdy z dziesięciu kawałków składających się na tę płytę jest solidną dawką różnorodnych uczuć, gwałtownych emocji, najgłębiej skrywanych pragnień, ale przede wszystkim wyznaniem. I właśnie dzięki takiej formie  łatwo odnalazłam się w tej niesamowitej opowieści o kobiecie, która pragnie kochać, która walczy o miłość i chce podążać za swoim pragnieniem. Agnieszka Chylińska, autorka tekstów, stworzyła niezwykłą opowieść o trudnej miłości, o odrzuceniu, niezrozumieniu, zdradzie, ale także o potrzebie bliskości, szczerości, podążaniu za głosem serca i walce, jaką trzeba stoczyć, aby uwolnić się od toksycznych relacji i powrócić to tego, co prawdziwe, głębokie i szczere.
Punktem wyjścia całej historii jest utwór pierwszy pt. "Klincz". Jest to niezwykle mocny utwór, pełen złości, żalu i desperacji. Uczucie, które kiedyś uskrzydlało stało się jarzmem, uściskiem, z którego tak trudno się uwolnić.  Stało się szkodliwe, osaczające, niszczące i pozbawiające energii życiowej.
"Dlaczego tu zostałeś?
Brak mi powietrza
Nie mogę już oddychać
I nie mogę przestać ...
Może jednak miałeś rację
Że nie kochałam cię
A może trzeba było mocniej
Żebrać o twój gest".
Zwątpienie i zniechęcenie prowadzą do smutnej konkluzji, że jednak zbyt mało dałam od siebie i dlatego miłość zmieniła się w obojętność.  "Borderline" - drugi utwór - to doskonały zapis emocji kogoś, kto próbuje podjąć walkę o uczucie, o odbudowanie dawnych relacji, o zdobycie pewności, że nie wszystko jeszcze stracone, że jeszcze warto zrobić cokolwiek...
"Czy jesteś tam?
Czy widzisz mnie?
Czy chcesz tu być?
Czy tego chcesz?
Ja tego chcę."
Tytuł utworu jest bardzo wymowny i podkreśla chaos i niepewność kogoś, kto staje przed trudnym zadaniem - przekroczeniem pewnej granicy i zawalczenie o siebie.
 Utwory "Rozpal mnie" i "Jak dawniej" są bardzo emocjonalnie naładowanym zapisem pragnień kobiety, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak było kiedyś, a z czym musi się mierzyć dzisiaj.
"I tylko jedno, jedno wiem, że nigdy nie zapomnę
Tego co dałeś mi...
I tylko jedno, jedno wiem, chcę kochać nieprzytomnie,
Blisko tak z Tobą być
Tylko mnie rozpal tak jak nikt."
Odwołuje się do wspomnień, wraca do czasów, w których było dobrze, aby skonfrontować je z chwilami, w których osamotnienie i smutek przelewają czarę goryczy i prowokują do zmian.
"Ja nie chcę
Tak dalej żyć
Ranisz tylko
Nie dajesz  nic...
Ja nie chcę tak dalej żyć
Wciąż przy tobie sama być..."
Dlatego nie dziwi mnie to,  że następny utwór to "Królowa łez ". Bo kiedy miłość pozostaje bez odpowiedzi, kiedy pragnienie bliskości pozostaje bez odzewu, kiedy szukając kogoś, kto wypełniłby pustkę, "przywieram do obcych ust" to pogrążam się w coraz większym żalu i smutku. Ale walczę. I to jest najpiękniejsze w tej płycie. Pomimo zniechęcenia, żalu i chwilowego zwątpienia, pojawia się tzw. emocjonalny kopniak, który popycha dalej, każe walczyć, "ocalić życie mimo strat" i wszystko zmienić. Utwór ten wydaje się być punktem kulminacyjnym, momentem zwrotnym  historii, po którym następuje stopniowe, bardzo powolne ukojenie. "KCACNL" jest szczerym wyznaniem tego wszystkiego, co boli, co sprawia, że ciężko jest być z kimś kogo się nie lubi, ale kogo się, mimo wszystko, kocha. Jest to dla mnie przewrotny utwór, który bardzo prosto oddaje charakter skomplikowanych relacji między kobietą, a mężczyzną i w którym kryje się pewna determinacji:
"Może przyjdzie taki dzień
 że  i ja  i ty będziemy jedno
Wtedy będzie wszystko jedno
Może przyjdzie taki dzień
Ale dzisiaj i teraz mówię
Nie!"
Dalsza opowieść jest łagodną i czułą prośbą skierowaną do mężczyzny. "Mona Lisa twoich snów" - jest drugim najbardziej lirycznym i sensualnym kawałkiem pośród całej dziesiątki. (najlepszy jest pod tym względem "Fajerwerk"). Musiałam go przesłuchać kilka razy, aby przemówił do mnie tak mocno jak pozostałe.  Ale to chyba dlatego, że jednak jakaś rockowa część mnie się zbuntowała, zaskoczona taką piosenką. Ale jak już "przetrawiłam" ten kawałek odkryłam w nim niezwykłą głębię:
"Możesz jeszcze wszystko zmienić
Bo to był tylko sen...
Ona leży obok potrzebuje cię...
Wszyscy tu jesteśmy miłością
Ważne, by nie czekać z czułością".
Po tak delikatnym i subtelnym przekazie pojawia się, dla równowagi, ciężki brzmieniowo i emocjonalnie utwór "Zostaw". Jest to pewnego rodzaju żądanie postawione komuś, od kogo wymaga się jednoznacznej deklaracji - "jeśli dla nas dzisiaj jest za późno to zostaw mnie.
A jeśli dla nas jeszcze coś jest ważne to ocal mnie."
Uwielbiam taki zestaw emocji  - mocno, konkretnie i dosadnie. "Zostaw" jest jednym z moich ulubionych utworów na tej płycie, podobnie jak "Fajerwerk" i ostatni utwór "Kiedy przyjdziesz do mnie".  Oba są stonowane, ale "Fajerwerk" jest delikatniejszy.  Wydaje mi się, że stanowi on swego rodzaju podsumowanie całego albumu mieszczące się w słowach:
"Bliżej mi do gwiazd...
Żyję nadzieją cały czas
Wolę zginąć dla miłości".
Delikatność i poetyckością tych słów uderzyła mnie już podczas pierwszego przesłuchania, ale ujął mnie także tekst ostatniego utworu:
"Jeśli chcesz kochać
Mocno trwaj
Nawet gdy masz w sercu żal
Niech nie przesłania tego nic
Ufaj, że ktoś siłę da".
Prawda, że piękne?
Słuchając płyty "Forever Child" mam wrażenie, że słucham o sobie. Może nie dosłownie, kompletnie i jednoznacznie. Może jestem też w takim momencie mojego życia, że wszystkie emocje, o których śpiewa Agnieszka Chylińska, nie są mi obce? Może pewne przeżycia i wydarzenia doskonale wpisują się w klimat tej płyty? Możliwe też, że teksty utworów doskonale opisują to czego ja nie umiem namalować słowami? A może po prostu to jest dobra płyta i warto poddać się jej czarowi? Myślę, że na wszystkie te pytania odpowiedź jest twierdząca. Ale to moje bardzo, ale to bardzo subiektywne zdanie.




czwartek, 15 grudnia 2016

Zimą też bywam poetycka...

Biało się zrobiło, jakoś tak odświętnie i cicho. Skrzypi śnieg pod stopami, drzewa zadumane spoglądają na ten pobielony świat,         a wszystkim udziela się ten wyjątkowy nastrój zbliżających się świąt... U mnie też zimowo, spokojnie i cicho... poetycki nastrój podsycany magicznym krajobrazem, ujawnił się u mnie znienacka, ale pozostawił ślady słów, którymi się z Wami dzielę: 

*** 
Uchwyciłam Twoje spojrzenie
znad bieli kartki
i pomyślałam,
że wino wypite z Tobą 
mogłoby smakować latem.

Ale tu atak zimy -
za oknem
i w sercu.




***
Śnieg ukrył sens Twych słów,
wyciszył ich brzmienie.
I tak spokojnie mi teraz,
bo jesteś tylko
dźwięczącym coraz dalej
wspomnieniem.


***
Święta za oknem...
w nocy tyle blasku,
że chce się biec,

byle dalej od siebie,
byle prędzej do Ciebie.


***
Mroźno mi w sercu
chłód z oczu wygląda,
usta zbielałe od milczenia.
Wtapiam się w tę Twoją zimę,
 która trwa bez końca...  


***
Mógłbyś mnie roztopić,
 nie dotykiem,
bo chłodny i wystudiowany;
nie pocałunkiem,
bo udawany,
nie spojrzeniem, 
bo mogłoby mnie spalić.

Mógłbyś mnie roztopić
słowami,
którymi otulasz najzimniejsze skrawki duszy,
którymi misterne tkasz obrazy...
Słowami,  którymi tak rzadko dzielisz się ze mną.


Gorącej zimy Wam życzę, niech będzie magiczna!




niedziela, 11 grudnia 2016

Zwykła kobieta w niezwykłym miejscu

Zwykłej kobiecie poprzewracało się w główce i zamiast planować świąteczne menu, robić generalne porządki i bożonarodzeniowe ozdoby czy chociażby piec pierniczki, wyruszyła w daleki świat.  Nie było to działanie zaplanowane i dokonane z premedytacją. Ot... splot kilku wydarzeń, decyzji odpowiednich osób, delikatnej namowy współtowarzyszek wyprawy i tak oto 27 listopada 2016 roku, ok. godz. 3 nad ranem wyruszyłam do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. 
Punkt docelowy podróży: Dubaj; 
Czas trwania ekstrawaganckiej wyprawy : 7 dni. 
Wyzwania: pokonanie lęku przed zamknięciem w metalowej puszce i unoszenie się nad ziemią przez ok. 6 godz. lotu, walka z lękiem wysokości, mając w perspektywie podziwianie świata ze 124 piętra Burj Khalifa, walka z tęsknotą i rozłąką.
Koszt podróży: opłaty za hotel i bilet lotniczy uiszczone przez wyższą instancję, której się nie odmawia; wycieczki do Abu Dhabi  - 300 dirhamów oraz safari po pustyni - ok. 275 dirhamów (przelicznik waluty 1:1), bilet na wjazd na Burj Khalifa - ok. 250 dirhamów, bilety na metro, taksówki - koszt ok. 100 dirhamów, wyżywienie: w zależności od apetytu - ok. 150 dirhamów, ale śniadanie było wliczone w cenę hotelu,  pamiątki: w zależności od ilości osób, które chcemy obdarować: ja wydałam ok. 200 dirhamów, ale uwierzcie mi - można wydać o wiele wiele więcej :-).
Moja wyprawa wzbudzała we mnie skrajne emocje: poprzez niedowierzanie (no kurczę, zobaczę miejsca, które oszałamiają swoim pięknem, bogactwem i niesamowitością nawet na zdjęciach ze stron internetowych), strach przed lotem, obawę o to, jak poradzi sobie mój mąż w roli słomianego wdowca,  smutek, że muszę zostawić córeczkę na całe siedem dni, aż do ciekawości i podekscytowania czekającymi mnie wydarzeniami. Miałam cały miesiąc, aby oswoić się z perspektywą spędzenia tygodnia w Dubaju i przygotować rodzinę na moją nieobecność.
Nie ukrywam, podróż była męcząca i stresująca, ale po wylądowaniu na miejscu zostałam uderzona nie tylko falą egzotyki, ale przede wszystkim gorącym powietrzem. Tamtejszy klimat jest bardzo łaskawy dla osób uwielbiających dużą dawkę ciepła, słońca i bezchmurnego nieba, a zwłaszcza tych przylatujących z szarej i ponurej pogodowo Polski.
Moje pierwsze wrażenia po przybyciu do miasta świateł, nowoczesności i przepychu można określić jednym słowem: wow! Mnogość barw, monumentalność wieżowców, rozmach inwestycji, nieustający ruch, szum, ulice tętniące życiem, a przede wszystkim wielonarodowość i wielokulturowość zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Onieśmielona przepychem, luksusem, wysokim standardem pięciogwiazdkowego hotelu, dużym, wygodnym łóżkiem tylko dla mnie i pięknie urządzonymi wnętrzami czekałam na to, czym zaskoczą mnie kolejne dni w tej niezwykłej krainie słońca, palm, piasku i szklanych domów. A tych zaskoczeń było dużo. Przede wszystkim ludzie. Uśmiechnięci, niezwykle mili, ale przede wszystkim otwarci i bardzo skorzy do pomocy. Mieszanina kultur i ras sprawiała, że nie czułam się obco. Pozytywne nastawienie otoczenia przekładało się na to, że łatwiej było mi otworzyć się na nowe wyzwania i obce sytuacje. Najciekawszym pod tym względem doświadczeniem był wjazd do restauracji na 52 piętrze w hotelu Marriott. Zamiast windą dla gości wyjechałam wraz z towarzyszącymi mi osobami windą dla obsługi. Mina kucharza była niezapomniana, a nasze chyba jeszcze bardziej. Najśmieszniejsze było to, że wcale nas nie wyprosił, ale przeprowadził przez kuchnię do restauracji. Był przy tym niezwykle uprzejmy i gotowy do pomocy zagubionym gościom. Oprócz niezliczonych przejawów sympatii, Dubaj zachwycił mnie różnorodnością, umiejętnym i wysmakowanym łączeniem nowoczesności z tradycyjną kulturą i architekturą. Osobiście, najbardziej przypadł mi do gustu stary Dubaj z niezliczoną ilością kramików i sklepików, które kusiły bogactwem wyrobów, przypraw, lokalnych produktów, nęciły zapachem kadzideł, przyciągały wzrok fantastyczną biżuterią, cudownie zdobionymi lampami, figurkami i ubraniami. Będąc w tym zaczarowanym miejscu trzeba nastawić się na zgiełk i tłum, ale naprawdę warto udać się tam i koniecznie potargować się ze sprzedawcami. Oprócz, oczywiście, zakupów ważnym elementem mojej wyprawy było zwiedzanie i podziwianie różnych atrakcji oferowanych przez to niezwykłe miejsce. Wieczorne pokazy fontann niedaleko Burj Khalifa, widowiskowe iluminacje świetlne na najwyższym budynku świata czy sam wjazd na 124 piętro, dostarczyły mi niezwykłych emocji i pozwoliły zachwycić się nad zmysłem technicznym tworzących je ludzi. Wieczorny spacer przez Dubaj Marinę - luksusowej części Dubaju (chociaż jak dla mnie to całe miasto można określić tym przymiotnikiem) pełnej najnowocześniejszych wieżowców mieszczących się przy kanale, na którym zacumowane były najbardziej niesamowite jachty, jakie kiedykolwiek dane było mi widzieć, sprawił, że przez moment poczułam się jak w bajce. Ogromna liczba wrażeń i bodźców była jednak dla mnie męcząca i nie ukrywam, w pewnym momencie zatęskniłam za zwyczajnością i prostotą. Rozmach, monumentalizm i perfekcja zaczęły mnie osaczać i zwyczajna kobieta poczuła się zmęczona. Na szczęście w planach była wycieczka do Abu Dhabi i pustynne safari.
Wyprawa do położonego ok. 2 godz. jazdy busem od Dubaju Abu Dhabi przypadła w dzień narodowego święta (2 grudnia), jakim było zjednoczenie Emiratów. Naszym przewodnikiem okazał się Egipcjanin Osama, płynnie i pięknie posługujący się polszczyzną, której nauczył się podczas półrocznego kursu w Kairze. Podkreślić należy fakt, że nigdy nie był w Polsce, chociaż jego wymowa, akcent oraz umiejętne operowanie deklinacjami, mogłyby sugerować coś zupełnie przeciwnego. Najbardziej niesamowitym momentem tej wyprawy była wizyta w największym meczecie. Najwięcej emocji wzbudziła we mnie kontrola odpowiedniego stroju kobiet. Obowiązkowo nakryta głowa, długie rękawy i długie, ale nie obcisłe spodnie. Po zaakceptowaniu wizerunku i odzienia można było udać się do meczetu. Miejsce to jest magiczne, piękne i fascynujące. Byłam tam o zachodzie słońca, więc wrażenia były bardziej spektakularne. Barwy przenikające przez otaczającą plac kolumnadę, biel ścian i złote elementy zdobnicze stworzyły bajkowy więc obraz, który mnie zachwycił i zauroczył. Samo wnętrze meczetu jest ogromne, bardzo bogato zdobione i misternie wykończone. Ogromna frajda dla dekoratorów wnętrz i fascynatów tej sztuki. Podczas tej wycieczki poczułam, że Zjednoczone Emiraty Arabskie to nie tylko nowoczesność Dubaju, ale są takie miejsca, w których można poczuć atmosferę i klimat historycznych miejsc. Kolejną atrakcją, który wywołała we mnie eufotyczny wręcz nastrój było safari po pustyni samochodem terenowym, zakończone kolacją na pustyni z pokazem derwiszy oraz tańcem brzucha. Szalona jazda po wydmach, z zachodzącym słońcem w tle była fantastyczna, ale tylko dlatego, że wcześniej zaaplikowałam sobie lek na chorobę lokomocyjną. Bez tego, przy pierwszym lepszym wzniesieniu zwróciłabym zawartość żołądka. Na szczęście obyło się bez sensacji i mogłam dać się ponieść szalonej, szybkiej i dzikiej jeździe. Po trwającej około pół godziny eskapadzie, podobnej do jazdy na kolejce górskiej (albo i gorzej), przerwie na podziwianie zachodu słońca (rudy piasek i ciepłe barwy robią niesamowite wrażenie), trafiliśmy do miejsca, w którym nie tylko mieliśmy zjeść kolację, ale mogliśmy zrobić sobie tatuaż z henny, zapalić sziszę i przywdziać tradycyjne stroje. Ze wszystkiego, oczywiście, skorzystałam. Po kolacji zostaliśmy uraczeni pokazem tańca derwiszy (uściślając - jeden, ale za to jaki!!!). Wirujący przez ponad 15 minut mężczyzna, który oprócz szybkiego obracania się wokół własnej osi, wykonywał różne sztuczki, był nie lada atrakcją. Już samo patrzenie na niego powodowało zawroty głowy, a że był niezwykle przystojny, tym bardziej mogło się zakręcić w głowie niejednej kobiecie. Po tym emocjonującym pokazie był taniec brzucha wykonywany przez dosyć skąpo ubraną tancerkę, więc i panowie mieli coś dla siebie. Kolacja na pustyni była przesycona atmosferą egzotyki i niezwykłości. I muszę stwierdzić, że bardziej gustuję w tego typu atrakcjach niż w kontemplowaniu przepychu i wielkości nowoczesnych budynków. Zwyczajna kobieta lepiej odnajduje się w piasku pustyni, miejscach uduchowionych i kuszących orientalną atmosferą niż w luksusowych wnętrzach, w których razi sterylność, a przepych przytłacza.
Kiedy nadszedł dzień wylotu, moją duszą targały sprzeczne uczucia: z jednej strony żal mi było opuszczać to cieplutkie miejsce, a z drugiej, niesamowicie zatęskniłam za moimi bliskimi. Do tego jeszcze wpadłam w małą panikę wywołaną czekającym mnie lotem.  Na szczęście wszystko przebiegło bez niespodzianek i wylądowałam na polskiej ziemi, która przywitała mnie śniegiem i mrozem. Nie zszokowała mnie zbytnio amplituda temperatur pomiędzy 35 stopniami na plusie w Dubaju, a 12 stopniami na minusie w Sanoku, ponieważ niesiona radością z ujrzenia córeczki i męża, pragnęłam tylko znaleźć się w moim kochanym mieszkaniu. Powitana z radością i czułością stwierdziłam, że jednak nie jestem istotą podróżniczą, a wypady dłuższe niż weekendowe bez moich najbliższych, kompletnie nie są w moim stylu.
Moja dubajska przygoda była niezwykłym zrządzeniem losu, czymś tak nieoczekiwanym i niesamowitym, że do tej pory trudno mi uwierzyć w to, że oto ja, prosta kobieta, była w tak niezwykłym miejscu. Ogrom wrażeń i przeżyć, mnogość doświadczeń i wielobarwność tego egzotycznego świata, sprawiły, że bardziej doceniłam miejsce, w którym żyję codziennie. To jest mój świat, prosty i zwyczajny, z niedociągnięciami i niedoskonałościami, ale z ludźmi, którzy sprawiają, że jest piękniej i barwniej.  A niesamowity Dubaj jest tylko wspomnieniem, miejscem, które będę podziwiała na zdjęciach i opowiadała o nim swoim wnukom.

Widok z samolotu



Na śniadanie - do wyboru do koloru
Restauracja w hotelu
Hotel Westin Dubai, Al Habtoor City
Wygodne łóżka...
W recepcji stoi mój wymarzony fotel

Zeszłam po tych schodach tylko nie wieczorową porą i nie w sukni balowej
Uwielbiam takie wnętrza
Pyszne...
Podziwiając widoki z okna ...

Taka ładna wanna
Pokaz fontann przy Burj Khalifa

Barwna wersja Burj Khalifa
Orientalna kuchnia w zasięgu ręki

Cudeńka
Ręcznie malowane


Cudeniek ciąg dalszy

Widok na Dubaj
Piwo na 52 piętrze ze mną w tle
Widok na Marinę z 52 piętra


Burj Al Arab
Nawet się komponuję z tym napisem
Marina Dubai
Atlantis Hotel, Jumeirah Palm
Pustynne klimaty


Bajecznie...




Zachód słońca przy Hotelu Atlantis
Radość i beztroska
Zaskakujący widok


W morskiej pianie
Ten strach w oczach
Plaża, morze i muszelki



Moc aromatów w jednym miejscu
Na 124 piętrze
Na 124 piętrze cz. II
Odrobina luksusu
I jeszcze szczypta luksusu


Rój motyli
Królestwo wielbłądów
W świątecznym nastroju


I znowu cudeńka
I jeszcze cudeńka
At the Top


Złote marzenia
Architektoniczny zawrót głowy
Takie sobie zdjęcie


W hotelu
Nie w moim stylu
Na 124 piętrze
Z mistrzem mowy polskiej (i to nie chodzi o mnie)


Błyskotki
Schowek dla książkomaniaczki
Robi wrażenie



Hotel jak z bajki
Mogłabym mieć mały jacht...
Hotelowy basen


Wzburzona...
To też nie w moim stylu
W meczecie
Pięknie
Cudnie
Wersja z chustą
Klimatycznie
Tacy mili panowie i ja
Kolejny basen hotelowy
Prawie fotomontaż...
Niczym w baśniowej krainie

To lubię!
Rajd po pustyni
Szisza i ja

Prawie jak celebrytka


Wieczorową porą na pustynnej imprezie
Taki miły Arab
Dobre było...


Goście na trasie
A to kto?

Mój pierwszy tatuaż
Tajemniczo
W największym centrum handlowym świata



Zima w Dubaju
Obowiązkowe punkty do zobaczenia: centrum Dubaju, wieczorny pokaz fontann, świetlne iluminacje na budynku Burj Khalifa, wjazd na 124 piętro najwyższego budynku świata (wjazd windą zajmuje ok. 1 min. i jest bardzo łagodny dla wnętrzności - nawet żołądek pozostaje na swoim miejscu), Dubai Mall, Dubai Marina nocą - polecam wizytę w restauracji na 52 piętrze hotelu Marriott - piwo średnie, ale widok niesamowity, Abu Dhabi, a zwłaszcza meczet, pustynia o zachodzie słońca, zaułki Dubaju ze sklepikami, a przede wszystkim plaża w pobliżu hotelu w kształcie żagla i delektowanie się morską bryzą i przyjemnymi widokami męskich torsów,
Wartość duchowa podróży:  przekonałam się, że mogę latać samolotem, ale raczej w wyjątkowych sytuacjach, lęk wysokości mogę pokonać, gdy nie patrzę w dół, język angielski to podstawa, uśmiech pokonuje wszystkie bariery, blondynki są obiektem do fotografowania (dopadło mnie takich dwóch i prosiło o zrobienie sobie z nimi zdjęcia), ubiór to ważna rzecz zwłaszcza, jak lądujesz przypadkiem w hotelowej restauracji z najwyższej półki na piwie, które kosztuje ok. 50 zł za kufel, czasem relaks na basenie daje więcej niż bieganie po kolejnym centrum handlowym, w którym na zakupy nie będzie mnie stać najprawdopodobniej nigdy, jazda bez trzymanki samochodem terenowym jest jednak dla mnie (po zażyciu odpowiednich medykamentów), tradycyjny strój arabskiej kobiety jest niewygodny i trochę w nim gorąco, derwisze są bardzo przystojni, a kierowcy taksówek to świetni konwersanci.
Podsumowując: podróże kształcą, ale nie ma jak w domu. Nawet jeśli trzeba zakasać rękawy i zabrać się ze zdwojoną siłą do ogarnięcia szarej rzeczywistości.

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...