poniedziałek, 5 października 2026

Zadziwienie


Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie do wysnuwania słusznych wniosków, analizowania, i ewentualnie, doradzania. Jednak, jak się okazuje, zwiększająca się liczba lat, siwych włosów na głowie i zmarszczek na twarzy wcale nie chroni przed czymś, z czego, wydawałoby się, dawno już się wyrosło. Zadziwienie, zdziwienie, zaskoczenie, zdumienie, osłupienie i konsternacja. Tego już się w moim życiu nie spodziewałam. Dopuszczałam, oczywiście, możliwość zdumienia się nad pewnymi aspektami rzeczywistości, ale raczej w znaczeniu zachwycenia się, zafascynowania i pozostania w stanie upojenia emocjonalnego o pozytywnym wydźwięku, ale, żeby popaść w zaskoczenie, które pozostawia dyskomfort psychiczny i burzy, kruche bo kruche, ale zawsze jakieś, podstawy dotychczasowego sposobu myślenia, interpretowania świata i porządku wszechrzeczy ustalonego przez pokolenia? Nie. Nie spodziewałam się. 
    Kilkanaście ostatnich miesięcy, udowodniło mi, że niczego nie można brać za pewnik, a plany, które roiłam sobie w głowie, a które wydawały mi się jedyną słuszną opcją, posypały się jak domek z kart. Powinnam już wiedzieć, że nie można niczego w życiu zakładać. Powinnam mieć świadomość, że rzeczywistość nie składa się z zadań wpisanych do kalendarza, a bycie i przeżywanie nie polegają na odhaczaniu każdego z nich. Jestem typem "zadaniowca", więc lista z obowiązkami i powinnościami organizują mój świat i dzięki temu funkcjonuję. Bez jasnych wytycznych i określonych przejrzyście zadań czuję się zagubiona. Takie podejście świetnie sprawdza się w pracy zawodowej, ale w życiu okazuje się zupełnie niekompatybilne z tym, co niesie rzeczywistość. A ona przyniosła mi kolejną lekcję cierpliwości, pokory i pozwoliła na to, abym, kolokwialnie mówiąc, otworzyła umysł na inne od moich, a co nie znaczy gorsze, rozwiązania. A kto był jednym z tych nauczycieli? Moje dziecko. Po raz kolejny moja córka udowodniła mi, że nie dla niej są utarte ścieżki edukacji, że nauka może odbywać się w domu, że ukończenie liceum, wcale nie musi od razu kojarzyć się maturą. Jakież to było dla mnie szokujące. Zadziwienie moje trwa do tej pory i chociaż oswajam je po trochu, to trudno mi przejść do porządku nad takim scenariuszem. Przecież nie tak to sobie wymyśliłam! Przecież miało być zupełnie inaczej! Jako matka miałam poczucie klęski i przez długi czas, trwałam w permanentnym przekonaniu, że nie stanęłam na wysokości zadania jako rodzic. Bezsilność, szok i niedowierzanie towarzyszyły mi dzień i noc. Aż w końcu zaczęło do mnie docierać, że Dobrochna nie musi być jak wszyscy, że może pójść swoją drogą w swoim własnym rytmie. Ale prawda ta bardzo powoli docierała do mojej świadomości, bo zupełnie nie pasowała mi do narracji, którą przyjął mój umysł. Ja sobie tak wymyśliłam i tak musi być!!! - nie tym razem. W zderzeniu z młodą kobietą o jasno sprecyzowanych poglądach i pomysłach na swoje, dorosłe już, życie, moje wymyślanie i "chcenie", nie miały najmniejszego sensu. Pozostałam więc w zadziwieniu nad faktem, że można inaczej, że można mieć swoje zdanie w tak młodym wieku i bronić go jak niepodległości i podążać pod prąd, ale w zgodzie z sobą.  Ja nadal tego się uczę. 
    I wiecie co? Ludzie mnie zadziwiają coraz bardziej. A wydawało mi się przez jakiś czas, że już nie mogą... I niestety, nie w tym pozytywnym znaczeniu. Stajemy się mistrzami w dzieleniu, w szukaniu dziury w całym, uprzykrzaniu życia innym, rozsiewaniu zamętu i wywoływaniu niesnasek. I im bardziej od tego uciekam i próbuję się zdystansować, tym mocniej mnie to dotyka. Pretensje,  żale i patrzenie na siebie wilkiem stały się chlebem powszednim. Zamiast skupić się na tym, co nas łączy, co możemy zrobić, przeżyć i doświadczyć wspólnie, wolimy walczyć i udowadniać swoją rację bez względu na konsekwencje.  "Dziwny jest ten świat" - jak to śpiewał Czesław Niemen. Ale, na szczęście, mam wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy nie pozwalają pozostać mi w tym negatywnym zadziwieniu zbyt długo. I mam nadzieję, że swoją dobrą energią, będą mnie nadal skutecznie chronić przed kompletnym zwątpieniem w człowieka.

środa, 13 sierpnia 2025

Sześć lat później


Tego dnia nie zapomnę nigdy. I o tej porze roku, już zawsze będę wracać do momentu, w którym zmieniło się wszystko. Nie wymarzę wspomnień, chociaż o wielu rzeczach chciałabym zapomnieć. Nie odetnę się od tego, co było, bo to część mnie... I pamiętam każdego dnia o wielkiej miłości, której dane mi było doświadczyć, o miłości, której nic ani nikt nie zastąpi.

***
wszystko mija
tylko ta tęsknota
wraca nieproszona
toczy się łzą po policzku 
wyziera z wyblakłego dnia
oprósza szarością wschód słońca

jestem tu nadal
bez ciebie
niczym ptak śniący o nieboskłonie
niczym ptak w klatce


***
szukam ciebie
zadzieram głowę
podnoszę wzrok ku niebu
krzykiem wołam do ciebie
gdzie jesteś
dlaczego słyszę tylko ciszę

chcę cię czuć przy sobie
potrzebuję twojego ramienia
niech odgrodzi mnie 
od pustki mego serca

czy spoglądasz na
moją nieudolną 
próbę trwania

nie słyszę
nie czuję
nie widzę 
ciebie
nie chcę
żeby nie było
niczego


***
nie znam zaklęcia
które mogłoby zawrócić czas
nie mam mocy
która zatrzymałaby strumień trwania
nie mam niczego
oprócz pamięci
ale ulotna jest
wyblakłe w niej kadry
tak bardzo tęsknię

***
w sercu mam otchłań
pochłania mnie z każdym dniem
szukam ciebie
ale nawet niebo
jest tylko niebieskie
i nie wiem czy jesteś
i boję się
że w tej otchłani niczego nie będzie
że ciebie nie będzie


***
mam przed sobą zadania do wykonania
i chcę wierzyć
że twój wzrok
podąża za mną
a twoje dłonie 
chronią mnie 
przed upadkiem
nie poddaję się
ale tak trudno trwać 
mając nadzieję
kruchą jak opłatek
i wiarę
która gór nie przenosi


***
film z końca świata
odtwarzam klatka po klatce
pamiętam czas
który zastygł w zdumieniu
krople deszczu
na mych ramionach
zamiast łez 
co ja teraz zrobię - krzyknęłam
ale milczeniem okryło się życie
i do tej pory
nie mam odpowiedzi













czwartek, 24 listopada 2022

Pozwolić listopadowi być listopadem


Jako że listopad nie należy do moich ulubionych miesięcy i wolałabym albo go przespać w wygodnym łóżku, albo wyjechać do jakiegoś skąpanego w słońcu i cieple zakątka świata, moja aktywność życiowa spada w tym czasie do minimum. Ograniczam się do wykonywania niezbędnych czynności, bez niepotrzebnych zrywów, gwałtownych ruchów, radykalnyh zmian i bez entuzjazmu. Po prostu wegetuję. Taki czas... Nie wiem czy wpływ ma na to fakt, że wychodząc z domu do pracy jest jeszcze ciemno, a wracając  już się zmierzcha, a listopadowe dni składają się tylko z pobudki i zasypiania? Czy może to ogólny marazm, wchodzenie w stan zimowania świata przyrody czy po prostu jakieś zmęczenie? Stwierdzam, że nie lubię listopada w tym roku i już. Po prostu. 

Próbowałam się z nim zaprzyjaźnić. Naprawdę. Rozpalałam świece zapachowe, ale przyprawiały mnie o senność i ból głowy. A poza tym szybkość ich wypalania, nie szła w parze z szybkością uzupełniania zasobów, więc na dłuższą metę mało to ekonomiczny sposób i trochę niebezpieczny, biorąc pod uwagę możliwość spowodowania pożaru. Wsłuchiwałam się także w dźwięki kojącego smooth jazzu i aksamitnego głosu Michael'a Buble'a, ale z czasem powodowało to u mnie stan melancholijno-depresyjny i jeszcze trudniej było mi funkcjonować i podejmować jakąkolwiek aktywość poza odganianiem czarnych myśli. Popijałam kawę z cynamonem, piankami i nutą wanilii, ale także ona nie przyniosła ukojenia ani dla ciała ani dla ducha - ciało nabierało masy, a duch przy tym cierpiał katusze. Nawet seans z serialem "Przyjaciele" nie był w stanie wpłynąć korzystnie na moje samopoczucie, bo tam wszyscy razem zmagają się z życiowymi perypetiami, a ja obok mam psinę i żółwia, którzy mają ciekawsze zajęcia niż współudział w ulepszaniu świata. Sposoby na listopad, które jeszcze w tamtym roku jakoś trzymały mnie w stanie nastroju tego z kategorii pozytywnych z lekką nutką nostalgii, w tym roku okazały się strzałem w kolano i zamiast czuć się lepiej sama ze sobą i rzeczywistością za oknem, miałam wrażenie, że każda próba ucieczki od listopadowych nastrojów, coraz bardziej mnie wciąga w ponury i bury świat. 

Może to wynik ogólnoświatowego kryzysu, wojny, inflacji, podwyżek cen wszystkiego i panującego wszędzie czarnowidztwa, zniechęcenia, bezsensu i bezsilności? A może to ja się zmieniłam, zdziczałam, zgorzkniałam... Próbowałam szukać ratunku w tym, co najbardziej kocham... w książkach. Na chwilę się udało. Zwłaszcza przy powieściach Marty Obuch, którą odkryłam zupełnie przez przypadek, a było to odkrycie niezwykle orzeźwiające, pobudzające i rozśmieszające. Zwłasza dla kogoś, kto uwielbia kryminały w połączeniu z komedią, barwnymi postaciami i poczuciem humoru z domieszką ironii i sarkazmu. No miodzio! Polecam! Dawno tak się nie uśmiałam ("Dama ciężkich obyczajów"- mistrzostwo,  "Metoda na wnuczkę" - majstersztyk, "Mąż przez zasiedzenie" - rewelacja, "Wiedźma duszona w winie" - cudo). Lekko, zabawnie, ciekawie! Idealny oręż do walki z listopadem.  Lektura tych powieści wprowadziła mnie w weselszy nastrój, który wywołał u mnie coś na kształt przedświątecznej gorączki. Na horyzonie zamajaczył mi już grudzień i niesiona tym widzeniem, zaczęłam gromadzić świąteczne ozdoby, nucąc pod nosem, ni mniej ni więcej tylko "Last Christmas"...  Nie ważne, że na balkonach łopotały jeszcze biało-czerwone flagi, wywieszone z okazji narodowego święta. W mojej głowie rozgościł się już grudzień, z całą swoją magią, ozdobami, światełkami i oczekiwaniem na pierwszą gwiazdkę. A należy dodać, że sklepy oraz reklamy w radio i telewizji, w sposób bardzo intensywny, przyczyniły się do pogłębiania tego stanu. Radość we mnie zaczęła kiełkować, a razem z nią chęć sprzątania, działania, ozdabiania i zmieniania wszystkiego wokół. I tak bym sobie poczynała swawolnie, nie zważając na to, że w kalendarzu listopad w całej swojej krasie bije po oczach, a grudniowy stan mojego umysłu udziela się tylko mi.  Ale wtedy pojawia się ona, cała na czarno, córka moja rodzona i głosem doniosłym, z pewną dozą wyższości,  zwraca się do mnie tymi oto słowy: "Matko (tak mówi, gdy chce przywołać mnie do porządku), pozwól listopadowi być listopadem." Szach mat! I to by było na tyle jeżeli chodzi o grudniowe miraże. Jajko okazało się mądrzejsze od kury! 

Jest listopad. Nikt i nic tego faktu nie zmieni. Jest więc czas na wyciszenie, na skupienie, na to, by zwolnić, przeczekać i nazbierać sił. Bo ten listopad to taki trudny czas, którego każdy w swoim życiu doświadczył, bądź doświadcza. Trzeba go zaakeptować i przeżyć z nadzieją, że za chwilę życie nas zachwyci,  zauroczy, rozraduje i wzruszy... Jak choinka w Boże Narodzenie. Tak więc pozwalam sobie na to, aby listopad był listopadem - nie walczę już ze zniechęceniem i smutkiem. Pozwalam sobie na wycofanie, na wyciszenie. Zbieram siły, uspokajam serce, porządkuję myśli... Jestem bardziej wewnątrz niż na zewnątrz... I wiem, że ten listopad być musi, ale wiem też, że minie, a po nim to już będzie inna bajka. 

niedziela, 14 sierpnia 2022

Pamiętać , to co dobre...



Kiedy trzy lata temu biegałam w pośpiechu załatwiając pogrzebowe formalności, skupiając się na tym wszystkim, co muszę załatwić i czemu sprostać, nie myślałam, że nadejdzie taki dzień, w którym spojrzę na odejście Bartka ze spokojem, nostalgią, że będę potrafiła wrócić do naszych wspólnych chwil ze spokojem, bez łez i żalu... Wczoraj była trzecia rocznica śmierci Bartka... Ten dzień zawsze będzie dla mnie szczególny. Od tego momentu zmieniło się wszystko... Dokładnie pamiętam ten dzień. Klatka po klatce, przesuwają się obrazy w moich wspomnieniach, każda godzina tego dnia naznaczona jest emocjami. Wczoraj, byłyśmy z córką na cmentarzu prawie, dokładnie o tej godzinie, o której, trzy lata temu, dowiedziałam się, że Bartek nie żyje. I tak wyglądał wczorajszy dzień... O tej godzinie stało się to, a o tej tamto... Ktoś powie, po co się katować takimi wspomnieniami? Po co wracać do tego, co boli, co wywołuje łzy i smutek? Po co? A po to, aby w tym dniu pozwalając sobie na smutek, płacz i emocje, dać sobie szansę na spokój w dniach, które mają nadejść. To taki dzień na oczyszczenie. Na wypłakanie się, na zrzucenie ciężaru, który kumuluje się w ciągu całego roku, każdego dnia bez Bartka. Postanowiłam, że ten dzień - 13 sierpnia - będzie takim katharsis, dzięki któremu będę mogła spokojnie przeżyć następny rok w spokoju, z nadzieją i radością. Wczoraj zrobiłam też coś, czego się bałam okrutnie i myślałam, że nigdy nie będę w stanie tego dokonać... Obejrzałam film z naszego wesela... Było to niezwykłe przeżycie... Najpierw potok łez i przejmująca tęsknota... Widzieć Bartka uśmiechniętego, z nadzieją i miłością w oczach... Widzieć nas razem... Ale potem uśmiechałam się z nostalgią, przypatrując się nam, takim młodym, pełnym miłości i szczęścia. Pamiętam, jak Dobrosia  miała 2-3 lata i oglądaliśmy wspólnie płytę z naszym ślubem i weselem. Bardzo się wtedy złościła, że jej tam nie było, a Bartek tłumaczył jej cierpliwie, że była, ale nie osobiście, tylko w naszych sercach. I właśnie takie momenty chcę pamiętać przede wszystkim w ciągu całego roku. Te dobre, wesołe, romantyczne, czułe i zabawne. Wracać do wspomnień, które niosą ukojenie. A tylko ten jeden dzień przeznaczyć na powrót do tego, co tak wywróciło nasze życie. 
 I chociaż minęły już trzy lata, z jednej strony mam wrażenie, jakby to było wczoraj, tak wyraźnie widzę wszystko, to co się działo i czuję te wszystkie emocje, ale z drugie strony, wiem doskonale, że ten czas, który już upłynął, przyniósł spokój, ukojenie i wyciszenie. Wyrwa w moim sercu pozostanie na zawsze, ale nie dałam się w nią wciągnąć i pogrążyć w żałości i zgorzknieniu i cierpieniu... Śmierć każdego, kto był nam bliski, kogo kochamy i kto był częścią naszego życia, jest przeżyciem niezwykle bolesnym i zmieniającym nasze życie nieodwracalnie. Ale ten ból i poczucie straty, nie mogą stać się głównymi bohaterami naszych dni... Musi być też czas na refleksję, na wyciszenie, na pogodzenie się z czymś, na co wpływu nie mamy i nigdy mieć nie będziemy. Nie wolno żyć przeszłością, ale wyłuskać z niej te wszystkie chwile, podczas których czuliśmy się wyjątkowo, cudownie i szczęśliwie. I z wdzięcznością, że dane nam było je przeżyć, pielęgnować w pamięci codziennie. 
    I gdybym wcześniej obejrzała film z naszego ślubu, płakałabym tylko z żalu, że Bartka nie ma już obok, a wczoraj płakałam przede wszystkim ze wzruszenia i z wdzięczności za to, że dane mi było przeżyć z  nim piękną, chociaż niełatwą, miłość, że mnie pokochał, że chciał dzielić ze mną życie i że dał mi tyle szczęścia. Dlatego nie boję się tego, co będzie. Nie zamykam się na życie. Nie zakotwiczę się w smutku i żalu, tylko z nadzieją i ciekawością czekam na każdy kolejny dzień, na spotkania z ludźmi, którzy wnoszą w moje życie światło i radość. Chcę po prostu układać swój świat na nowo, mając w pamięci to, co dobre...

wtorek, 19 lipca 2022

Końce i początki

     Lato w pełni... Słońce leniwie przesuwa się po niebie zapraszając do życia, radowania się i gromadzenia wspomnień, które zimową porą będą podtrzymywać na duchu i pozwolą przetrwać oczekiwanie na kolejne ciepłe dni. Dla mnie ten letni od zawsze był symbolem zamykania pewnych etapów, czekaniem na nowe, albo momentem kluczowym, po którym moje życie zmieniało się o sto osiemdziesiąt stopni. Lipce i sierpnie nie są dla mnie tylko synonimami wakacyjnej beztroski i słonecznego lenistwa, ale stanowią także symbol  końca i początku, zmian i wyzwań. Odkąd sobie przypominam to zawsze w lecie działy się dla mnie rzeczy, które zmieniały wszystko - ślub, rozpoczęcie poważnej pracy, śmierć Bartka, informacja o nowotworze. W tym roku doszło kolejne: przyjęcie do rzeszowskiego liceum Dobrośki i widmo rozstania z nią majaczące całkiem wyraźnie na horyzoncie.... Ale tak to już w życiu jest... ciągłe końce i początki. To one nadają tempo dniom, to dzięki nim życie ma smak. Czasem gorzki, cierpki, ale czasem całkiem przyjemny i zupełnie nowy. 

    Końce są trudne... nawet bardzo. Koniec szkoły, studiów, koniec życia we dwoje. Nowy świat, który trzeba oswoić, nieznany ląd, po którym trzeba nauczyć się chodzić. Śmierć najbliższej osoby  - początek trudnego procesu odnajdywania siebie w pustce i próby jej wypełnienia nowym - starym życiem.  Takie końce, z perspektywy czasu były dla mnie początkiem nowych doświadczeń. Ale zanim do  tego doszło, musiałam oswoić się z faktem, że pewne rzeczy nigdy nie wrócą, że to co było, stało się przeszłością, a nią nie warto żyć. Trzeba dać sobie czas, spokój i powolutku, każdego dnia otwierać się na nowe. Bo najgorsze co można zrobić, to być ciałem teraz, a sercem i duchem pośród tego, co się już wydarzyło i na co nie mamy żadnego wpływu. Dlatego każdy początek jest procesem, czasem mozolnym i długim, a czasem terapią szokową, która wywraca wszystko dookoła, budząc nas z letargu. Takim szokiem była dla mnie wiadomość o chorobie. Wstrząsnęło to mną w sposób mobilizujący i chyba dlatego nie dałam się pokonać złym myślom, które czasem mnie dopadały. Inaczej wyglądał początek przyjmowania do wiadomości faktu, że moja córka chce kontynuować naukę w innym mieście. Miałam na to czas praktycznie od momentu, kiedy poszła do pierwszej klasy. Przyzwyczajałam się do tego planu, chociaż miałam nadzieję, że nie będzie taka konsekwentna w swej decyzji. Na szczęście, Dobrośka trzymała się raz podjętej decyzji, a ja mogłam na spokojnie dorosnąć do jej wizji dalszej edukacji. I od września będę miała wolną chatę i w ogóle druga młodość mnie czeka! Żartuję! Przez pierwszy miesiąc będę zestresowana, jakbym to sama zaczynała naukę w nowej szkole, a może nawet bardziej...

Jest jeszcze jeden początek ważny dla mnie szczególnie. Prawie rok temu zaczęło się coś, co trwa nadal, chociaż mogło się w ogóle nie wydarzyć. A ja utwierdzam się w przekonaniu, że spotkanie tego człowieka, nie było przypadkowe i miało swój cel.  I chociaż dzielą nas pewne rzeczy i odległości, jest obecny w moim życiu, sprawiając, że coraz wyraźniej widzę, jak wszystko wraca na właściwe miejsca, a ja odzyskuję coś, o czym chciałam zapomnieć.

Nie boję się końców. Chociaż wiem doskonale, jak mogą być bolesne. Ale wiem, że gdzieś tam zawsze czeka jakiś początek...



Początki
"Pragnęłam słów, które mnie wybudzą
i mam te słowa wypisane jak na dłoni.
Ale chcę więcej- nie słów-
a rozmów tłumionych biciem serca.

Pragnęłam dotyku, który powróci mnie do życia
i mam w pamięci ślady Twoich dłoni 
wytyczających ścieżkę wprost do serca.
Ale chcę więcej - nie muśnięć szybkich i krótkich,
a bliskości pomiędzy wieczorem a rankiem.

Pragnęłam pocałunku, który da zapomnienie
i zamknąłeś świat przeszły miękkością ust
 i ciepłem oddechu.
Ale ja chcę więcej - zatracenia się w Tobie,
nie po to, by zapomnieć,
ale by znów pamiętać."


środa, 23 lutego 2022

Rób tak, żeby Tobie było dobrze...



Ktoś, kogo bardzo lubię i cenię dał mi radę: "Rób tak, żeby Tobie było dobrze..." A stało się to w momencie, kiedy" ktoś inny próbował manipulować moimi uczuciami, wzbudzając poczucie winy z tego powodu, że myślę tylko o sobie. Nie ukrywam tego - myślę o sobie. Nie mam wyjścia. Muszę dbać o siebie, swoje zdrowie, zarówno fizyczne jak i psychiczne, dobre samopoczucie i o obecność właściwych osób wokół mnie. Muszę być silna, żeby tą siłą dzielić się z moją córką. Muszę, a raczęj pragnę być dla niej wsparciem, opoką i azylem. Chcę mieć pewność, że moje dziecko będzie mogło na mnie zawsze liczyć. Dlatego myślę o sobie, bo żeby dać komuś wsparcie, siłę, poczucie bezpieczeństwa i miłość,  trzeba samemu te wartości
odnaleźć w sobie .
     Miałam kiedyś taki czas w  życiu, że chciałam sprostać wszelkim oczekiwaniom wobec mojej osoby. Jako pracownica, matka, jako siotra, córka, ciotka, koleżanka i jako kobieta... Nie ukrywam, że zawsze miałam poczucie obowiązku i nie traktowałam swoich powinności jako zło konieczne i dopust boży. Tylko w pewnym momencie dotarło do mnie, że w tych wszystkich "musieniach" zgubiłam siebie, zagłuszyłam swój własny głos, który domagał się cichutko o małą uwagę. A nie od dzisiaj wiadomo, że zagłuszanie swoich potrzeb doprowadza do frustracji, nerwicy i ogólnego rozbicia. I nie, nie mam na myśli tylko tych fizycznych potrzeb wynikających z ludzkiej natury. Chodzi mi bardziej o wrzucenie na tzw. luz, na zatrzymanie się, wsłuchanie się w siebie i skupienie na tym, co mi osobiście daje radość, ukojenie i pozwala odzyskać równowagę pomiędzy tym, czego potrzebuję ja, a tym, czego oczekują ode mnie inni. 
I najważniejsze rzeczy: naucznia się mówienia "nie" oraz katergorycznego ucinania lub, jeżeli nie ma innej możliwości, ograniczenia do minimum, wszelkich toksycznych relacji, które przyprawiają o ból głowy, brzucha i nie wnoszą niczego pozytywnego do mojego życia, infekując go zniechęceniem, marazmem i poczuciem bezsensu.  
     Kiedyś rada: "Rób tak, żeby Tobie było dobrze" stanowiłaby dla mnie ewidentny dowód na egoistyczne i samolubne podejście do życia. Ale kiedyś inaczej postrzegałam siebie, otaczający mnie świat i ludzi. A to kiedyś minęło 
i nie wróci. Rzeczywistość stawia przed nami coraz więcej wyzwań, wymagań 
i oczekiwań. Sprostanie temu wszystkiemu jest zadaniem karkołomnym. Nie jest możliwe, aby zadowolić wszystkich, aby na każdym polu wykazać się w 100 %. Możemy próbować. Żyć w ciągłym przekonaniu, że nie daliśmy z siebie wszystkiego, że nie zaangażowaliśmy się zbyt mocno w swoje obowiązki, że nie zrobiliśmy tego, czego oczekiwali od nas inni. Tylko po co? Po to, aby udowodnić swoją wartość w oczach innych? Po to, żeby zaspokoić swoje egiostyczne pragnienie bycia potrzebnym, niezastąpionym i niezbędnym? Po to, aby dopasować się do wizerunku, który narzucili nam inni? I po co to wszystko: zarzynanie się atakującymi z każdej strony oczekiwaniami i zbyt wysoko postawionymi poprzeczkami? Nie zrozumcie mnie źle, to nie chodzi o to, żeby być biernym obserwatorem rzeczywistości, albo pozbawionym celów, obowiązków i planów egoistą żyjącym w samolubnym poczuciu własnej wyjątkowości i niesamowitości, albo też zamartwiającym się wszystkim marudą z dołującym przekonaniem, że do niczego się nie nadaje, niczego nie potrafi i na nic nie zasługuje. Trzeba mieć cele, trzeba umieć być dla ludzi i świata, trzeba być empatycznym, trzeba mieć poczucie obowiązku, ale trzeba też znaleźć miejsce i czas dla siebie. W tym przekonaniu utwierdziła mnie także Moja Przyjaciółka, właśnie ta, dzięki której nie mam już nowotworu. Otóż ów mądra kobieta uświadomiła mi, że czasem trzeba zamknąć się na świat zewnętrzny, odpuścić, pobyć z sobą i to jest zupełnie naturalny proces, który pozwala na złapanie dystansu do siebie i innych, odzyskanie równowagi  emocjonalnej 
i własciwych proporcji między własnymi potrzebami i pragnieniami, 
a oczekiwaniami innych.
    Dlatego staram się być obowiązkowa, dobrze zorganizowana i odpowiedzialna. Chcę, żeby inni mogli na mnie polegać, ale nie zapominam też o tym, żeby wytyczać granice, których, nikt bez mojej zgody, nie może przekroczyć. I staram się być dla siebie dobra, wyrozumiała, kochająca i cierpliwa. Bo dzięki temu będę mogła być dobra, wyrozumiała, kochająca i cierpliwa dla innych. 

czwartek, 27 stycznia 2022

Bez postanowień nie ma nowego roku czyli o nieposiadaniu postanowień


2022 rok rozgościł się już na całego, z całym tym swoim nieładem i tysiącem pytań o to, czym nas obdarzy, zaskoczy albo zdenerwuje. Pod koniec grudnia, w ferworze dużej ilości obowiązków i zmian, obiecałam sobie, że nie będę robiła żadnych, ale to absolutnie żadnych, postanowień noworocznych. Nigdy zresztą, nie byłam zwolenniczką zostawiania decyzji o zmianach w życiu na jakiś określony moment czasowy. Nie mam w zwyczaju zaczynać diet od poniedziałku (żeby w weekend najeść się na zapas), zresztą na diecie to byłam w czasach licealnych. Rzucanie palenia nie wchodzi jeszcze w grę, więc postanowienie o zaprzestaniu tego zgubnego nałogu też racji bytu nie miało. Reszta moich przyzwyczajeń i nawyków jest dla mnie i mojego otoczenia na tyle znośna, że nie potrzebuję niczego zmieniać. A biorąc pod uwagę fakt, że z nadchodzącym 2022 rokiem  zmieniłam pracę, doszłam do wniosku, że ilość zmian i tak jest zatrważająca, więc nie ma sensu dokładać sobie jakieś kolejne wyzwania, które mogłyby tylko spowodować niepotrzebny stres, niezadowolenie i ogólne poczucie,   że nie sprostam wszystkim oczekiwaniom. Nie. Postanowiłam, że sama nie będę wkładać na swoje bary kolejnych wyzwań i postanowiłam, że żadnych postanowień mieć nie będę. I kiedy, przy wtórze strzelających korków od szampana, fajerwerków i radosnych okrzyków sąsiadów z kamienicy na przeciwko mojego mieszkania, nastał  01.01.2022 r., spokojnie wzniosłyśmy z córką toast i udałyśmy się do łóżka, aby kontynuować oglądanie przerwanego przez północ, serialu. Bez spiny, bez założeń, że od pierwszego dnia stycznia zmieniamy siebie, zgodnie z wyświechtanym hasłem: "nowy rok - nowa ja". No luzik totalny, mówię Wam. Ale w moim życiu nie mogę sobie niczego planować, nawet czegoś tak banalnego, jak nieposiadanie postanowień noworocznych... Rzeczywistość upomniała się o swoje prawa i postawiła mnie pod ścianą... Zmiana miejsca zatrudnienia i zdanie się na komunikację miejską w poruszaniu się na trasie Sanok - Tarnawa Dolna,  to jednak zadanie wymagające nie lada cierpliwości i odporności na warunki atmosferyczne. Myślałam, że jestem cierpliwa i odporna. Ale okazało się, że nie. Bezczynne czekanie na spóźniony, ze względu na intensywny opad śniegu, autobus, to jednak wyzwanie ponad moje siły.  Przebierając z zimna nogami, psioczyłam pod nosem na swoją idiotyczną fobię przed kierowaniem pojazdem kat. B, na które prawo jazdy zdałam w... 2005 r., Tak. Jestem niepraktykującym kierowcą. Kierowcą, który do tej pory nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób udało mu się zdać ten egzamin? Kierowcą, którego przecież piętą achillesową jest prowadzenie samochodu!!!  I nadszedł ten wiekopomny moment, kiedy postanowienie noworoczne objawiło się z całą swoją mocą. A stało się to wtedy, kiedy zdana na powiewy wschodniego wiatru, opady gęstego śniegu   i czekania, postanowiłam, że w tym roku stanę się kierowcą praktykującym i nie będę uzależniona od innych. O drżyjcie uczestnicy ruchu drogowego na terenie gmin Sanoka i Zagórza! Będzie się działo!!! Ale bez obaw. Najpierw kilka lekcji z instruktorem. Oswojenie się ze sprzętem. I ruszam!!! 
    Taki mam plan na ten rok. Zresztą to tylko część planu, ponieważ postanowiłam, że nie będę się bać wyzwań, nowych rzeczy, podążania innymi ścieżkami niż do tej pory. Żeby było inaczej, lepiej i bardziej satysfakcjonująco, trzeba pokonać swoje lęki, niepewność, poczucie, że nie dam rady, że nie umiem, że nie wiem. Motywuje mnie to, że z tyloma rzeczami już dałam sobie radę, tyle przeszkód zdołałam pokonać. A ta cała reszta to tzw. "Pikuś". Trzeba znaleźć w sobie chęć do nauki, otwartość umysłu na nowe doświadczenia, a przede wszystkim pewność siebie i poczucie, że to moje życie i ja sama mam największy na niego wpływ. Postanawiam się nie bać i jechać przed siebie, zarówno jako kierowca samochodu, ale także jako kierowca swojego życia.
Jak widać, bez postanowienia noworocznego się nie obyło. Ale była to naturalna reakcja na życiową sytuację, a nie z poczucia, że coś należy ze sobą zrobić, w związku z nadejściem nowego roku. A zwłaszcza, kiedy znamienita większość populacji, takie postanowienia posiada, opowiada o nich i szczyci się nimi w internetowych społecznościach. 
    Dlatego pragnę Wam życzyć tego, aby Wasze postanowienia zawsze wynikały z potrzeby Waszego serca i szły w parze z tym co czujecie, czego pragniecie i o czym marzycie.
 I jeszcze jedno: Nie bójmy się żyć!!! 







wtorek, 30 listopada 2021

Jestem banalna

    Nigdy nie lubiłam listopada z jego szarościami, przenikającym chłodem, melancholią ogołoconych z liści drzew i tym bezruchem, marazmem i zawieszeniem, pomiędzy polską złotą jesienią, a grudniowym podekscytowaniem. Jednak w tym roku jest inaczej. Listopad stal się dla mnie symbolem oczyszczenia i odzyskiwania siebie. 8 listopada 2021 r. - w tym dniu pozbyłam się nowotworu z mojej głowy, a tym samym wszystkiego, co było toksyczne, złe, co niszczyło mnie od środka i nie pozwalało cieszyć się życiem. Ta data jest symbolem zmian, które musiały nadejść w moim życiu, a na które albo brakowało mi odwagi, albo zwyczajnie nie byłam na nie przygotowana.  
Wiecie, że z natury jestem optymistką i staram się dostrzegać pozytywne aspekty we wszystkim, co przynosi mi los. Tak mnie zahartowało życie, ale też taka jestem z natury... Nie poddaję się tak łatwo. Nie umiem siedzieć z założonymi rękami i pozwolić sobie na rozpacz. Wolę działać i mieć poczucie, że wszystko zależy ode mnie. Ale niestety, życie po raz kolejny mi udowodniło, że nie mam wpływu na pewne rzeczy. I wiadomość o nowotworze była dla mnie takim swoistym nie kubłem, ale wodospadem zimnej wody na moją głowę, wypełnioną myślami, że najgorsze rzeczy już mi się przytrafiły, a ich limit wyczerpałam. Ale, jak widać, niczego nie można być pewnym! I stąd moje postanowienie, żeby nauczyć się żyć tu i teraz, nie wybiegać zanadto w przyszłość, tylko skupić się na dniu teraźniejszym i umieć dostrzec w nim niezwykłość, cieszyć się chwilami, które mogą się już nie powtórzyć. I być wdzięczną za każdy kolejny wschód słońca, za filiżankę kawy czy możliwość wyjścia z domu o własnych siłach. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmię banalnie, że operuję sloganami... I ktoś na pewno mi to zarzuci... Ale mam to gdzieś. Wolę być banalna w swoim zachłyśnięciu życiem, niż obojętna na jego wielowymiarowość, albo co gorsza, zbyt poważnie podchodząca do jego kaprysów. 
I zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że przede mną różne wyzwania, nowe zadania i nowy początek, że nie będzie łatwo, lekko i przyjemnie, że dopadną mnie chwile zwątpienia, żalu, chwile, w których nie raz będę płakać, ale nie poddam się tym ciemniejszym odcieniom życia. Bo to tylko mała część całej historii, która jest jeszcze przede mną. 
 

wtorek, 24 sierpnia 2021

Badać mi się, ale już!!!

 C44 - w wykazie jednostek chorobowych wg międzynarodowej klasyfikacji pod tym symbolem znajdują się inne nowotwory skóry. W dzisiaj dowiedziałam się, że ten symbol dotyczy mnie. Szok i niedowierzanie to pierwsze uczucia, które do mnie dotarły. Ale jak to? Przecież nic mnie nie bolało. Mam tylko jakąś dziwną bliznę na głowie. "Takie rzeczy nie bolą" - powiedział lekarz. I to mnie zmroziło... A wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu od małej kropki na głowie, którą sobie zdrapałam. Robiłam to sukcesywnie, jak tylko poczułam pod palcami jakieś zgrubienie. Nie przywiązywałam do tego najmniejszej uwagi. Ot, jakiś kaszak, strupek jakiś albo uczulenie na farbę (przecież kolor blond to mój ulubiony odcień włosów). Totalnie zlałam ten temat, mówiąc kolokwialnie. Skoro nie bolało i nie było tego widać, po cóż miałam sobie zaprzątać głowę, a tym bardziej zabierać czas lekarzom, którzy w tym czasie mogliby pomóc naprawdę chorym ludziom. I tak sobie żyłam spokojnie od czasu do czasu rozdrapując ranę, która jakieś dwa lata temu zaczęła się powiększać i być bardziej widoczna. Ale nawet wtedy nie czułam potrzeby, aby umówić się na jakąś konsultację medyczną. Zresztą, wtedy mój świat totalnie się posypał, więc nie miałam czasu na takie pierdoły. Ale w lipcu tego roku, dzięki mojej najwspanialszej przyjaciółce, zostałam przymuszona i mentalnie zmotywowana do wizyty u dermatologa. Pierwsza diagnoza: podejrzenie twardziny. W sierpniu pierwsza wizyta w klinice dermatologii w Rzeszowie, pobranie wycinka i kolejne badania. Oswajałam się z myślą, że to twardzina i nie dopuszczałam innych opcji. W piątek miałam rezonans głowy. Pozostało czekanie na wyniki biopsji i rezonansu, które miały być na początku września. Ogarnięta uczuciem ulgi, że wszystko mam już za sobą i niecierpliwością, żeby w końcu rozpocząć leczenie twardziny (która mogła mi się rozszerzyć na twarz nadając mi wygląd, jakbym została uderzona szablą) żyłam sobie przez weekend w błogiej nieświadomości, którą zburzył wczorajszy telefon z kliniki. Przyszły wyniki biopsji i mam się po nie pojawić jak najszybciej. Poczułam dziwny niepokój, ale tłumaczyłam sobie, że po prostu lekarze chcą jak najszybciej rozpocząć leczenie. Dzisiaj jednak okazało się, że mam nowotwór. Złośliwy - tak jak ja czasem jestem złośliwa. Podczas przekazywania tej informacji nie docierało do mnie, że adresatką tych słów jestem ja. Było to dla mnie tak abstrakcyjne jak lot w kosmos w moim wykonaniu czy przejazd na Hyperionie w Energylandii. Ale jednak - to było o mnie i do mnie. Uspokajam wszystkich zainteresowanych - jest to do usunięcia i najprawdopodobniej nie będzie przerzutów. 

    Czeka mnie zatem zabieg czyli oskalpowanie części głowy. Akuratnie chciałam zmienić wygląd, więc może ogolenie się na łyso będzie dobrym wyjściem. Ale wracając do tematu - nie byłoby tego wszystkiego, gdybym nie zbagatelizowała problemu i od razu nie poszła do lekarza czyli jakieś 4 lata temu!!!

Dlatego proszę, abyście się badali i obserwowali. I jak tylko pojawi się coś, co Was niepokoi, nie zwlekajcie, tylko w trybie pilnym umawiajcie się na wizytę. Nie bądźcie takimi ignorantami jak ja. Oszczędźcie sobie i Waszym najbliższym nerwów. I troszczcie się o siebie, bo to nie egoizm tylko odpowiedzialność i dojrzałość, których mi zabrakło.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Oswoić samą siebie

Nie było mnie tu chwilę. Z głupiego powodu. Ktoś powiedział mi, że pisząc teksty na bloga użalam się nad sobą. Zabolało mnie to okrutnie. I zrobiło mi się przykro.  Fakt, to o czym piszę nie jest o rzeczach lekkich, łatwych i przyjemnych, nie rzygam tęczą i nie epatuję bezzasadnym optymizmem. Moje teksty powstają na podstawie moich doświadczeń, przemyśleń, a przede wszystkim tego, co niesie mi życie. Moje życie. I to w jaki sposób odbieram rzeczywistość, jak ją interpretuję i w jaki sposób się do niej dostosowuję to tylko i wyłącznie moja sprawa.  Nie bronię nikomu posiadania własnego zdania na temat moich tekstów. Nie zmuszam też nikogo do ich czytania. Lubię pisać i będę to robić, bez względu na to czy komuś się to podoba czy nie.  Mój blog - moje zasady. Trzeba być egoistką, bo nie da się zadowolić wszystkich wokół.  
    Ostatnie miesiące udowodniły mi po raz kolejny, że  nie można deprecjonować swoich potrzeb, zagłuszać intuicji i robić coś wbrew sobie tylko dlatego, żeby innym zrobić przyjemność. Tak często bowiem wpadamy w pułapkę oczekiwań naszych najbliższych, wzorców, które nam narzucają, czy ram, do których koniecznie chcą nas dopasować. Czasem robimy coś dla tzw. świętego spokoju, przybieramy bierną postawę, byle tylko kogoś nie urazić, nie sprowokować do zmiany zdania o nas na gorsze, albo po prostu chcemy uniknąć konfliktu. Niekiedy jest to jakieś wyjście. Ale umówmy się - tylko od czasu do czasu. Nie można przez całe swoje życie siedzieć cicho i potulnie, dopasowując się to czyjejś wizji naszej osoby. Prędzej czy później musi nastąpić konfrontacja pomiędzy naszym prawdziwym ja, a tym złożonym z fantasmagorii innych. I lepiej niech to stanie się szybciej. Mniejsze straty emocjonalne po obu stronach są bardziej prawdopodobne, niż w przypadku przeciągania takiej niezdrowej sytuacji. Bolesna, ale szybka operacja polegająca na pozbawianiu jakichkolwiek złudzeń co do naszej osoby, jest jedynym wyjściem, aby żyć w zgodzie z sobą, z własnymi przekonaniami i wartościami. Łatwe to nie jest. Kosztuje wiele nerwów, łez i  wyrzutów sumienia. Robiąc coś wbrew oczekiwaniom innych stajemy się wcieleniem wszystkich najgorszych ludzkich przywar. Trudno. Trzeba wziąć to na klatę i przełknąć gorzką pigułkę jaką jest świadomość tego, że staliśmy się źródłem rozczarowania, powodem łez lub innych emocjonalnych zawirowań. Najważniejsze w tym wszystkim powinno być to czy postępujemy w zgodzie z sobą i własnym sercem. Ja, na ogół, starałam się postępować tak, żeby nikt do mnie nie miał pretensji czy jakiś żalów. Robiłam to kosztem swojego komfortu psychicznego, aby potem, w ciszy mieszkania, rozmienić na drobne sytuacje i dochodzić do brutalnego wniosku, że dla własnej wygody i tego, aby ktoś nie czuł do mnie urazy, chowałam się za fasadą milczenia lub bezmyślnego przytakiwania. Ale dotarło do mnie, że to droga prowadząca donikąd i żeby być szczęśliwą sama ze sobą, muszę zaakceptować siebie w każdej postaci, nie tylko tej liryczno-romantyczno-uduchowionej, ale przede wszystkim w tej zołzowatej, złośliwej i doskonale zdającej sobie sprawę z tego czego nie chce. I tak doszłam do wniosku, że po prostu muszę oswoić siebie samą. Zrozumieć to, że nie każdy musi mnie lubić, akceptować i doceniać. Że moje wybory i decyzje mają być przede wszystkim dobre dla mnie, a nie dla innych, że warto posłuchać siebie, aby zrozumieć czego się tak naprawdę chce i że czasem bycie egoistką wychodzi na zdrowie. Zwłaszcza psychiczne. A to, że ktoś stworzył sobie obraz mojej osoby według własnej palety barw, to już jego inwencja twórcza. Dlatego niech nie ma pretensji do oryginału, że  rzeczywistość w zderzeniu z wytworem jego wyobraźni wygląda nieatrakcyjnie. 

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...