Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie do wysnuwania słusznych wniosków, analizowania, i ewentualnie, doradzania. Jednak, jak się okazuje, zwiększająca się liczba lat, siwych włosów na głowie i zmarszczek na twarzy wcale nie chroni przed czymś, z czego, wydawałoby się, dawno już się wyrosło. Zadziwienie, zdziwienie, zaskoczenie, zdumienie, osłupienie i konsternacja. Tego już się w moim życiu nie spodziewałam. Dopuszczałam, oczywiście, możliwość zdumienia się nad pewnymi aspektami rzeczywistości, ale raczej w znaczeniu zachwycenia się, zafascynowania i pozostania w stanie upojenia emocjonalnego o pozytywnym wydźwięku, ale, żeby popaść w zaskoczenie, które pozostawia dyskomfort psychiczny i burzy, kruche bo kruche, ale zawsze jakieś, podstawy dotychczasowego sposobu myślenia, interpretowania świata i porządku wszechrzeczy ustalonego przez pokolenia? Nie. Nie spodziewałam się.
Dynamika myśli
Zapiski różnej treści o tym, co mnie bezpośrednio dotyczy, zachwyca, porusza, niesie natchnienie, daje radość, ale także frustruje, denerwuje i uwiera.
poniedziałek, 5 października 2026
Zadziwienie
Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie do wysnuwania słusznych wniosków, analizowania, i ewentualnie, doradzania. Jednak, jak się okazuje, zwiększająca się liczba lat, siwych włosów na głowie i zmarszczek na twarzy wcale nie chroni przed czymś, z czego, wydawałoby się, dawno już się wyrosło. Zadziwienie, zdziwienie, zaskoczenie, zdumienie, osłupienie i konsternacja. Tego już się w moim życiu nie spodziewałam. Dopuszczałam, oczywiście, możliwość zdumienia się nad pewnymi aspektami rzeczywistości, ale raczej w znaczeniu zachwycenia się, zafascynowania i pozostania w stanie upojenia emocjonalnego o pozytywnym wydźwięku, ale, żeby popaść w zaskoczenie, które pozostawia dyskomfort psychiczny i burzy, kruche bo kruche, ale zawsze jakieś, podstawy dotychczasowego sposobu myślenia, interpretowania świata i porządku wszechrzeczy ustalonego przez pokolenia? Nie. Nie spodziewałam się.
środa, 13 sierpnia 2025
Sześć lat później
czwartek, 24 listopada 2022
Pozwolić listopadowi być listopadem
Jest listopad. Nikt i nic tego faktu nie zmieni. Jest więc czas na wyciszenie, na skupienie, na to, by zwolnić, przeczekać i nazbierać sił. Bo ten listopad to taki trudny czas, którego każdy w swoim życiu doświadczył, bądź doświadcza. Trzeba go zaakeptować i przeżyć z nadzieją, że za chwilę życie nas zachwyci, zauroczy, rozraduje i wzruszy... Jak choinka w Boże Narodzenie. Tak więc pozwalam sobie na to, aby listopad był listopadem - nie walczę już ze zniechęceniem i smutkiem. Pozwalam sobie na wycofanie, na wyciszenie. Zbieram siły, uspokajam serce, porządkuję myśli... Jestem bardziej wewnątrz niż na zewnątrz... I wiem, że ten listopad być musi, ale wiem też, że minie, a po nim to już będzie inna bajka.
niedziela, 14 sierpnia 2022
Pamiętać , to co dobre...
Kiedy trzy lata temu biegałam w pośpiechu załatwiając pogrzebowe formalności, skupiając się na tym wszystkim, co muszę załatwić i czemu sprostać, nie myślałam, że nadejdzie taki dzień, w którym spojrzę na odejście Bartka ze spokojem, nostalgią, że będę potrafiła wrócić do naszych wspólnych chwil ze spokojem, bez łez i żalu... Wczoraj była trzecia rocznica śmierci Bartka... Ten dzień zawsze będzie dla mnie szczególny. Od tego momentu zmieniło się wszystko... Dokładnie pamiętam ten dzień. Klatka po klatce, przesuwają się obrazy w moich wspomnieniach, każda godzina tego dnia naznaczona jest emocjami. Wczoraj, byłyśmy z córką na cmentarzu prawie, dokładnie o tej godzinie, o której, trzy lata temu, dowiedziałam się, że Bartek nie żyje. I tak wyglądał wczorajszy dzień... O tej godzinie stało się to, a o tej tamto... Ktoś powie, po co się katować takimi wspomnieniami? Po co wracać do tego, co boli, co wywołuje łzy i smutek? Po co? A po to, aby w tym dniu pozwalając sobie na smutek, płacz i emocje, dać sobie szansę na spokój w dniach, które mają nadejść. To taki dzień na oczyszczenie. Na wypłakanie się, na zrzucenie ciężaru, który kumuluje się w ciągu całego roku, każdego dnia bez Bartka. Postanowiłam, że ten dzień - 13 sierpnia - będzie takim katharsis, dzięki któremu będę mogła spokojnie przeżyć następny rok w spokoju, z nadzieją i radością. Wczoraj zrobiłam też coś, czego się bałam okrutnie i myślałam, że nigdy nie będę w stanie tego dokonać... Obejrzałam film z naszego wesela... Było to niezwykłe przeżycie... Najpierw potok łez i przejmująca tęsknota... Widzieć Bartka uśmiechniętego, z nadzieją i miłością w oczach... Widzieć nas razem... Ale potem uśmiechałam się z nostalgią, przypatrując się nam, takim młodym, pełnym miłości i szczęścia. Pamiętam, jak Dobrosia miała 2-3 lata i oglądaliśmy wspólnie płytę z naszym ślubem i weselem. Bardzo się wtedy złościła, że jej tam nie było, a Bartek tłumaczył jej cierpliwie, że była, ale nie osobiście, tylko w naszych sercach. I właśnie takie momenty chcę pamiętać przede wszystkim w ciągu całego roku. Te dobre, wesołe, romantyczne, czułe i zabawne. Wracać do wspomnień, które niosą ukojenie. A tylko ten jeden dzień przeznaczyć na powrót do tego, co tak wywróciło nasze życie. I chociaż minęły już trzy lata, z jednej strony mam wrażenie, jakby to było wczoraj, tak wyraźnie widzę wszystko, to co się działo i czuję te wszystkie emocje, ale z drugie strony, wiem doskonale, że ten czas, który już upłynął, przyniósł spokój, ukojenie i wyciszenie. Wyrwa w moim sercu pozostanie na zawsze, ale nie dałam się w nią wciągnąć i pogrążyć w żałości i zgorzknieniu i cierpieniu... Śmierć każdego, kto był nam bliski, kogo kochamy i kto był częścią naszego życia, jest przeżyciem niezwykle bolesnym i zmieniającym nasze życie nieodwracalnie. Ale ten ból i poczucie straty, nie mogą stać się głównymi bohaterami naszych dni... Musi być też czas na refleksję, na wyciszenie, na pogodzenie się z czymś, na co wpływu nie mamy i nigdy mieć nie będziemy. Nie wolno żyć przeszłością, ale wyłuskać z niej te wszystkie chwile, podczas których czuliśmy się wyjątkowo, cudownie i szczęśliwie. I z wdzięcznością, że dane nam było je przeżyć, pielęgnować w pamięci codziennie.
wtorek, 19 lipca 2022
Końce i początki
Lato w pełni... Słońce leniwie przesuwa się po niebie zapraszając do życia, radowania się i gromadzenia wspomnień, które zimową porą będą podtrzymywać na duchu i pozwolą przetrwać oczekiwanie na kolejne ciepłe dni. Dla mnie ten letni od zawsze był symbolem zamykania pewnych etapów, czekaniem na nowe, albo momentem kluczowym, po którym moje życie zmieniało się o sto osiemdziesiąt stopni. Lipce i sierpnie nie są dla mnie tylko synonimami wakacyjnej beztroski i słonecznego lenistwa, ale stanowią także symbol końca i początku, zmian i wyzwań. Odkąd sobie przypominam to zawsze w lecie działy się dla mnie rzeczy, które zmieniały wszystko - ślub, rozpoczęcie poważnej pracy, śmierć Bartka, informacja o nowotworze. W tym roku doszło kolejne: przyjęcie do rzeszowskiego liceum Dobrośki i widmo rozstania z nią majaczące całkiem wyraźnie na horyzoncie.... Ale tak to już w życiu jest... ciągłe końce i początki. To one nadają tempo dniom, to dzięki nim życie ma smak. Czasem gorzki, cierpki, ale czasem całkiem przyjemny i zupełnie nowy.
Końce są trudne... nawet bardzo. Koniec szkoły, studiów, koniec życia we dwoje. Nowy świat, który trzeba oswoić, nieznany ląd, po którym trzeba nauczyć się chodzić. Śmierć najbliższej osoby - początek trudnego procesu odnajdywania siebie w pustce i próby jej wypełnienia nowym - starym życiem. Takie końce, z perspektywy czasu były dla mnie początkiem nowych doświadczeń. Ale zanim do tego doszło, musiałam oswoić się z faktem, że pewne rzeczy nigdy nie wrócą, że to co było, stało się przeszłością, a nią nie warto żyć. Trzeba dać sobie czas, spokój i powolutku, każdego dnia otwierać się na nowe. Bo najgorsze co można zrobić, to być ciałem teraz, a sercem i duchem pośród tego, co się już wydarzyło i na co nie mamy żadnego wpływu. Dlatego każdy początek jest procesem, czasem mozolnym i długim, a czasem terapią szokową, która wywraca wszystko dookoła, budząc nas z letargu. Takim szokiem była dla mnie wiadomość o chorobie. Wstrząsnęło to mną w sposób mobilizujący i chyba dlatego nie dałam się pokonać złym myślom, które czasem mnie dopadały. Inaczej wyglądał początek przyjmowania do wiadomości faktu, że moja córka chce kontynuować naukę w innym mieście. Miałam na to czas praktycznie od momentu, kiedy poszła do pierwszej klasy. Przyzwyczajałam się do tego planu, chociaż miałam nadzieję, że nie będzie taka konsekwentna w swej decyzji. Na szczęście, Dobrośka trzymała się raz podjętej decyzji, a ja mogłam na spokojnie dorosnąć do jej wizji dalszej edukacji. I od września będę miała wolną chatę i w ogóle druga młodość mnie czeka! Żartuję! Przez pierwszy miesiąc będę zestresowana, jakbym to sama zaczynała naukę w nowej szkole, a może nawet bardziej...
Jest jeszcze jeden początek ważny dla mnie szczególnie. Prawie rok temu zaczęło się coś, co trwa nadal, chociaż mogło się w ogóle nie wydarzyć. A ja utwierdzam się w przekonaniu, że spotkanie tego człowieka, nie było przypadkowe i miało swój cel. I chociaż dzielą nas pewne rzeczy i odległości, jest obecny w moim życiu, sprawiając, że coraz wyraźniej widzę, jak wszystko wraca na właściwe miejsca, a ja odzyskuję coś, o czym chciałam zapomnieć.
Nie boję się końców. Chociaż wiem doskonale, jak mogą być bolesne. Ale wiem, że gdzieś tam zawsze czeka jakiś początek...
środa, 23 lutego 2022
Rób tak, żeby Tobie było dobrze...
Kiedyś rada: "Rób tak, żeby Tobie było dobrze" stanowiłaby dla mnie ewidentny dowód na egoistyczne i samolubne podejście do życia. Ale kiedyś inaczej postrzegałam siebie, otaczający mnie świat i ludzi. A to kiedyś minęło
Dlatego staram się być obowiązkowa, dobrze zorganizowana i odpowiedzialna. Chcę, żeby inni mogli na mnie polegać, ale nie zapominam też o tym, żeby wytyczać granice, których, nikt bez mojej zgody, nie może przekroczyć. I staram się być dla siebie dobra, wyrozumiała, kochająca i cierpliwa. Bo dzięki temu będę mogła być dobra, wyrozumiała, kochająca i cierpliwa dla innych.
czwartek, 27 stycznia 2022
Bez postanowień nie ma nowego roku czyli o nieposiadaniu postanowień
2022 rok rozgościł się już na całego, z całym tym swoim nieładem i tysiącem pytań o to, czym nas obdarzy, zaskoczy albo zdenerwuje. Pod koniec grudnia, w ferworze dużej ilości obowiązków i zmian, obiecałam sobie, że nie będę robiła żadnych, ale to absolutnie żadnych, postanowień noworocznych. Nigdy zresztą, nie byłam zwolenniczką zostawiania decyzji o zmianach w życiu na jakiś określony moment czasowy. Nie mam w zwyczaju zaczynać diet od poniedziałku (żeby w weekend najeść się na zapas), zresztą na diecie to byłam w czasach licealnych. Rzucanie palenia nie wchodzi jeszcze w grę, więc postanowienie o zaprzestaniu tego zgubnego nałogu też racji bytu nie miało. Reszta moich przyzwyczajeń i nawyków jest dla mnie i mojego otoczenia na tyle znośna, że nie potrzebuję niczego zmieniać. A biorąc pod uwagę fakt, że z nadchodzącym 2022 rokiem zmieniłam pracę, doszłam do wniosku, że ilość zmian i tak jest zatrważająca, więc nie ma sensu dokładać sobie jakieś kolejne wyzwania, które mogłyby tylko spowodować niepotrzebny stres, niezadowolenie i ogólne poczucie, że nie sprostam wszystkim oczekiwaniom. Nie. Postanowiłam, że sama nie będę wkładać na swoje bary kolejnych wyzwań i postanowiłam, że żadnych postanowień mieć nie będę. I kiedy, przy wtórze strzelających korków od szampana, fajerwerków i radosnych okrzyków sąsiadów z kamienicy na przeciwko mojego mieszkania, nastał 01.01.2022 r., spokojnie wzniosłyśmy z córką toast i udałyśmy się do łóżka, aby kontynuować oglądanie przerwanego przez północ, serialu. Bez spiny, bez założeń, że od pierwszego dnia stycznia zmieniamy siebie, zgodnie z wyświechtanym hasłem: "nowy rok - nowa ja". No luzik totalny, mówię Wam. Ale w moim życiu nie mogę sobie niczego planować, nawet czegoś tak banalnego, jak nieposiadanie postanowień noworocznych... Rzeczywistość upomniała się o swoje prawa i postawiła mnie pod ścianą... Zmiana miejsca zatrudnienia i zdanie się na komunikację miejską w poruszaniu się na trasie Sanok - Tarnawa Dolna, to jednak zadanie wymagające nie lada cierpliwości i odporności na warunki atmosferyczne. Myślałam, że jestem cierpliwa i odporna. Ale okazało się, że nie. Bezczynne czekanie na spóźniony, ze względu na intensywny opad śniegu, autobus, to jednak wyzwanie ponad moje siły. Przebierając z zimna nogami, psioczyłam pod nosem na swoją idiotyczną fobię przed kierowaniem pojazdem kat. B, na które prawo jazdy zdałam w... 2005 r., Tak. Jestem niepraktykującym kierowcą. Kierowcą, który do tej pory nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób udało mu się zdać ten egzamin? Kierowcą, którego przecież piętą achillesową jest prowadzenie samochodu!!! I nadszedł ten wiekopomny moment, kiedy postanowienie noworoczne objawiło się z całą swoją mocą. A stało się to wtedy, kiedy zdana na powiewy wschodniego wiatru, opady gęstego śniegu i czekania, postanowiłam, że w tym roku stanę się kierowcą praktykującym i nie będę uzależniona od innych. O drżyjcie uczestnicy ruchu drogowego na terenie gmin Sanoka i Zagórza! Będzie się działo!!! Ale bez obaw. Najpierw kilka lekcji z instruktorem. Oswojenie się ze sprzętem. I ruszam!!!
Taki mam plan na ten rok. Zresztą to tylko część planu, ponieważ postanowiłam, że nie będę się bać wyzwań, nowych rzeczy, podążania innymi ścieżkami niż do tej pory. Żeby było inaczej, lepiej i bardziej satysfakcjonująco, trzeba pokonać swoje lęki, niepewność, poczucie, że nie dam rady, że nie umiem, że nie wiem. Motywuje mnie to, że z tyloma rzeczami już dałam sobie radę, tyle przeszkód zdołałam pokonać. A ta cała reszta to tzw. "Pikuś". Trzeba znaleźć w sobie chęć do nauki, otwartość umysłu na nowe doświadczenia, a przede wszystkim pewność siebie i poczucie, że to moje życie i ja sama mam największy na niego wpływ. Postanawiam się nie bać i jechać przed siebie, zarówno jako kierowca samochodu, ale także jako kierowca swojego życia.
Jak widać, bez postanowienia noworocznego się nie obyło. Ale była to naturalna reakcja na życiową sytuację, a nie z poczucia, że coś należy ze sobą zrobić, w związku z nadejściem nowego roku. A zwłaszcza, kiedy znamienita większość populacji, takie postanowienia posiada, opowiada o nich i szczyci się nimi w internetowych społecznościach.
Dlatego pragnę Wam życzyć tego, aby Wasze postanowienia zawsze wynikały z potrzeby Waszego serca i szły w parze z tym co czujecie, czego pragniecie i o czym marzycie.
I jeszcze jedno: Nie bójmy się żyć!!!
wtorek, 30 listopada 2021
Jestem banalna
wtorek, 24 sierpnia 2021
Badać mi się, ale już!!!
C44 - w wykazie jednostek chorobowych wg międzynarodowej klasyfikacji pod tym symbolem znajdują się inne nowotwory skóry. W dzisiaj dowiedziałam się, że ten symbol dotyczy mnie. Szok i niedowierzanie to pierwsze uczucia, które do mnie dotarły. Ale jak to? Przecież nic mnie nie bolało. Mam tylko jakąś dziwną bliznę na głowie. "Takie rzeczy nie bolą" - powiedział lekarz. I to mnie zmroziło... A wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu od małej kropki na głowie, którą sobie zdrapałam. Robiłam to sukcesywnie, jak tylko poczułam pod palcami jakieś zgrubienie. Nie przywiązywałam do tego najmniejszej uwagi. Ot, jakiś kaszak, strupek jakiś albo uczulenie na farbę (przecież kolor blond to mój ulubiony odcień włosów). Totalnie zlałam ten temat, mówiąc kolokwialnie. Skoro nie bolało i nie było tego widać, po cóż miałam sobie zaprzątać głowę, a tym bardziej zabierać czas lekarzom, którzy w tym czasie mogliby pomóc naprawdę chorym ludziom. I tak sobie żyłam spokojnie od czasu do czasu rozdrapując ranę, która jakieś dwa lata temu zaczęła się powiększać i być bardziej widoczna. Ale nawet wtedy nie czułam potrzeby, aby umówić się na jakąś konsultację medyczną. Zresztą, wtedy mój świat totalnie się posypał, więc nie miałam czasu na takie pierdoły. Ale w lipcu tego roku, dzięki mojej najwspanialszej przyjaciółce, zostałam przymuszona i mentalnie zmotywowana do wizyty u dermatologa. Pierwsza diagnoza: podejrzenie twardziny. W sierpniu pierwsza wizyta w klinice dermatologii w Rzeszowie, pobranie wycinka i kolejne badania. Oswajałam się z myślą, że to twardzina i nie dopuszczałam innych opcji. W piątek miałam rezonans głowy. Pozostało czekanie na wyniki biopsji i rezonansu, które miały być na początku września. Ogarnięta uczuciem ulgi, że wszystko mam już za sobą i niecierpliwością, żeby w końcu rozpocząć leczenie twardziny (która mogła mi się rozszerzyć na twarz nadając mi wygląd, jakbym została uderzona szablą) żyłam sobie przez weekend w błogiej nieświadomości, którą zburzył wczorajszy telefon z kliniki. Przyszły wyniki biopsji i mam się po nie pojawić jak najszybciej. Poczułam dziwny niepokój, ale tłumaczyłam sobie, że po prostu lekarze chcą jak najszybciej rozpocząć leczenie. Dzisiaj jednak okazało się, że mam nowotwór. Złośliwy - tak jak ja czasem jestem złośliwa. Podczas przekazywania tej informacji nie docierało do mnie, że adresatką tych słów jestem ja. Było to dla mnie tak abstrakcyjne jak lot w kosmos w moim wykonaniu czy przejazd na Hyperionie w Energylandii. Ale jednak - to było o mnie i do mnie. Uspokajam wszystkich zainteresowanych - jest to do usunięcia i najprawdopodobniej nie będzie przerzutów.
Czeka mnie zatem zabieg czyli oskalpowanie części głowy. Akuratnie chciałam zmienić wygląd, więc może ogolenie się na łyso będzie dobrym wyjściem. Ale wracając do tematu - nie byłoby tego wszystkiego, gdybym nie zbagatelizowała problemu i od razu nie poszła do lekarza czyli jakieś 4 lata temu!!!
Dlatego proszę, abyście się badali i obserwowali. I jak tylko pojawi się coś, co Was niepokoi, nie zwlekajcie, tylko w trybie pilnym umawiajcie się na wizytę. Nie bądźcie takimi ignorantami jak ja. Oszczędźcie sobie i Waszym najbliższym nerwów. I troszczcie się o siebie, bo to nie egoizm tylko odpowiedzialność i dojrzałość, których mi zabrakło.
poniedziałek, 19 kwietnia 2021
Oswoić samą siebie
Zadziwienie
Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...
-
Tego dnia nie zapomnę nigdy. I o tej porze roku, już zawsze będę wracać do momentu, w którym zmieniło się wszystko. Nie wymarzę wspomnień, c...
-
Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...
-
Jako że listopad nie należy do moich ulubionych miesięcy i wolałabym albo go przespać w wygodnym łóżku, albo wyjechać do jakiegoś skąpanego ...





