wtorek, 30 listopada 2021

Jestem banalna

    Nigdy nie lubiłam listopada z jego szarościami, przenikającym chłodem, melancholią ogołoconych z liści drzew i tym bezruchem, marazmem i zawieszeniem, pomiędzy polską złotą jesienią, a grudniowym podekscytowaniem. Jednak w tym roku jest inaczej. Listopad stal się dla mnie symbolem oczyszczenia i odzyskiwania siebie. 8 listopada 2021 r. - w tym dniu pozbyłam się nowotworu z mojej głowy, a tym samym wszystkiego, co było toksyczne, złe, co niszczyło mnie od środka i nie pozwalało cieszyć się życiem. Ta data jest symbolem zmian, które musiały nadejść w moim życiu, a na które albo brakowało mi odwagi, albo zwyczajnie nie byłam na nie przygotowana.  
Wiecie, że z natury jestem optymistką i staram się dostrzegać pozytywne aspekty we wszystkim, co przynosi mi los. Tak mnie zahartowało życie, ale też taka jestem z natury... Nie poddaję się tak łatwo. Nie umiem siedzieć z założonymi rękami i pozwolić sobie na rozpacz. Wolę działać i mieć poczucie, że wszystko zależy ode mnie. Ale niestety, życie po raz kolejny mi udowodniło, że nie mam wpływu na pewne rzeczy. I wiadomość o nowotworze była dla mnie takim swoistym nie kubłem, ale wodospadem zimnej wody na moją głowę, wypełnioną myślami, że najgorsze rzeczy już mi się przytrafiły, a ich limit wyczerpałam. Ale, jak widać, niczego nie można być pewnym! I stąd moje postanowienie, żeby nauczyć się żyć tu i teraz, nie wybiegać zanadto w przyszłość, tylko skupić się na dniu teraźniejszym i umieć dostrzec w nim niezwykłość, cieszyć się chwilami, które mogą się już nie powtórzyć. I być wdzięczną za każdy kolejny wschód słońca, za filiżankę kawy czy możliwość wyjścia z domu o własnych siłach. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmię banalnie, że operuję sloganami... I ktoś na pewno mi to zarzuci... Ale mam to gdzieś. Wolę być banalna w swoim zachłyśnięciu życiem, niż obojętna na jego wielowymiarowość, albo co gorsza, zbyt poważnie podchodząca do jego kaprysów. 
I zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że przede mną różne wyzwania, nowe zadania i nowy początek, że nie będzie łatwo, lekko i przyjemnie, że dopadną mnie chwile zwątpienia, żalu, chwile, w których nie raz będę płakać, ale nie poddam się tym ciemniejszym odcieniom życia. Bo to tylko mała część całej historii, która jest jeszcze przede mną. 
 

wtorek, 24 sierpnia 2021

Badać mi się, ale już!!!

 C44 - w wykazie jednostek chorobowych wg międzynarodowej klasyfikacji pod tym symbolem znajdują się inne nowotwory skóry. W dzisiaj dowiedziałam się, że ten symbol dotyczy mnie. Szok i niedowierzanie to pierwsze uczucia, które do mnie dotarły. Ale jak to? Przecież nic mnie nie bolało. Mam tylko jakąś dziwną bliznę na głowie. "Takie rzeczy nie bolą" - powiedział lekarz. I to mnie zmroziło... A wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu od małej kropki na głowie, którą sobie zdrapałam. Robiłam to sukcesywnie, jak tylko poczułam pod palcami jakieś zgrubienie. Nie przywiązywałam do tego najmniejszej uwagi. Ot, jakiś kaszak, strupek jakiś albo uczulenie na farbę (przecież kolor blond to mój ulubiony odcień włosów). Totalnie zlałam ten temat, mówiąc kolokwialnie. Skoro nie bolało i nie było tego widać, po cóż miałam sobie zaprzątać głowę, a tym bardziej zabierać czas lekarzom, którzy w tym czasie mogliby pomóc naprawdę chorym ludziom. I tak sobie żyłam spokojnie od czasu do czasu rozdrapując ranę, która jakieś dwa lata temu zaczęła się powiększać i być bardziej widoczna. Ale nawet wtedy nie czułam potrzeby, aby umówić się na jakąś konsultację medyczną. Zresztą, wtedy mój świat totalnie się posypał, więc nie miałam czasu na takie pierdoły. Ale w lipcu tego roku, dzięki mojej najwspanialszej przyjaciółce, zostałam przymuszona i mentalnie zmotywowana do wizyty u dermatologa. Pierwsza diagnoza: podejrzenie twardziny. W sierpniu pierwsza wizyta w klinice dermatologii w Rzeszowie, pobranie wycinka i kolejne badania. Oswajałam się z myślą, że to twardzina i nie dopuszczałam innych opcji. W piątek miałam rezonans głowy. Pozostało czekanie na wyniki biopsji i rezonansu, które miały być na początku września. Ogarnięta uczuciem ulgi, że wszystko mam już za sobą i niecierpliwością, żeby w końcu rozpocząć leczenie twardziny (która mogła mi się rozszerzyć na twarz nadając mi wygląd, jakbym została uderzona szablą) żyłam sobie przez weekend w błogiej nieświadomości, którą zburzył wczorajszy telefon z kliniki. Przyszły wyniki biopsji i mam się po nie pojawić jak najszybciej. Poczułam dziwny niepokój, ale tłumaczyłam sobie, że po prostu lekarze chcą jak najszybciej rozpocząć leczenie. Dzisiaj jednak okazało się, że mam nowotwór. Złośliwy - tak jak ja czasem jestem złośliwa. Podczas przekazywania tej informacji nie docierało do mnie, że adresatką tych słów jestem ja. Było to dla mnie tak abstrakcyjne jak lot w kosmos w moim wykonaniu czy przejazd na Hyperionie w Energylandii. Ale jednak - to było o mnie i do mnie. Uspokajam wszystkich zainteresowanych - jest to do usunięcia i najprawdopodobniej nie będzie przerzutów. 

    Czeka mnie zatem zabieg czyli oskalpowanie części głowy. Akuratnie chciałam zmienić wygląd, więc może ogolenie się na łyso będzie dobrym wyjściem. Ale wracając do tematu - nie byłoby tego wszystkiego, gdybym nie zbagatelizowała problemu i od razu nie poszła do lekarza czyli jakieś 4 lata temu!!!

Dlatego proszę, abyście się badali i obserwowali. I jak tylko pojawi się coś, co Was niepokoi, nie zwlekajcie, tylko w trybie pilnym umawiajcie się na wizytę. Nie bądźcie takimi ignorantami jak ja. Oszczędźcie sobie i Waszym najbliższym nerwów. I troszczcie się o siebie, bo to nie egoizm tylko odpowiedzialność i dojrzałość, których mi zabrakło.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Oswoić samą siebie

Nie było mnie tu chwilę. Z głupiego powodu. Ktoś powiedział mi, że pisząc teksty na bloga użalam się nad sobą. Zabolało mnie to okrutnie. I zrobiło mi się przykro.  Fakt, to o czym piszę nie jest o rzeczach lekkich, łatwych i przyjemnych, nie rzygam tęczą i nie epatuję bezzasadnym optymizmem. Moje teksty powstają na podstawie moich doświadczeń, przemyśleń, a przede wszystkim tego, co niesie mi życie. Moje życie. I to w jaki sposób odbieram rzeczywistość, jak ją interpretuję i w jaki sposób się do niej dostosowuję to tylko i wyłącznie moja sprawa.  Nie bronię nikomu posiadania własnego zdania na temat moich tekstów. Nie zmuszam też nikogo do ich czytania. Lubię pisać i będę to robić, bez względu na to czy komuś się to podoba czy nie.  Mój blog - moje zasady. Trzeba być egoistką, bo nie da się zadowolić wszystkich wokół.  
    Ostatnie miesiące udowodniły mi po raz kolejny, że  nie można deprecjonować swoich potrzeb, zagłuszać intuicji i robić coś wbrew sobie tylko dlatego, żeby innym zrobić przyjemność. Tak często bowiem wpadamy w pułapkę oczekiwań naszych najbliższych, wzorców, które nam narzucają, czy ram, do których koniecznie chcą nas dopasować. Czasem robimy coś dla tzw. świętego spokoju, przybieramy bierną postawę, byle tylko kogoś nie urazić, nie sprowokować do zmiany zdania o nas na gorsze, albo po prostu chcemy uniknąć konfliktu. Niekiedy jest to jakieś wyjście. Ale umówmy się - tylko od czasu do czasu. Nie można przez całe swoje życie siedzieć cicho i potulnie, dopasowując się to czyjejś wizji naszej osoby. Prędzej czy później musi nastąpić konfrontacja pomiędzy naszym prawdziwym ja, a tym złożonym z fantasmagorii innych. I lepiej niech to stanie się szybciej. Mniejsze straty emocjonalne po obu stronach są bardziej prawdopodobne, niż w przypadku przeciągania takiej niezdrowej sytuacji. Bolesna, ale szybka operacja polegająca na pozbawianiu jakichkolwiek złudzeń co do naszej osoby, jest jedynym wyjściem, aby żyć w zgodzie z sobą, z własnymi przekonaniami i wartościami. Łatwe to nie jest. Kosztuje wiele nerwów, łez i  wyrzutów sumienia. Robiąc coś wbrew oczekiwaniom innych stajemy się wcieleniem wszystkich najgorszych ludzkich przywar. Trudno. Trzeba wziąć to na klatę i przełknąć gorzką pigułkę jaką jest świadomość tego, że staliśmy się źródłem rozczarowania, powodem łez lub innych emocjonalnych zawirowań. Najważniejsze w tym wszystkim powinno być to czy postępujemy w zgodzie z sobą i własnym sercem. Ja, na ogół, starałam się postępować tak, żeby nikt do mnie nie miał pretensji czy jakiś żalów. Robiłam to kosztem swojego komfortu psychicznego, aby potem, w ciszy mieszkania, rozmienić na drobne sytuacje i dochodzić do brutalnego wniosku, że dla własnej wygody i tego, aby ktoś nie czuł do mnie urazy, chowałam się za fasadą milczenia lub bezmyślnego przytakiwania. Ale dotarło do mnie, że to droga prowadząca donikąd i żeby być szczęśliwą sama ze sobą, muszę zaakceptować siebie w każdej postaci, nie tylko tej liryczno-romantyczno-uduchowionej, ale przede wszystkim w tej zołzowatej, złośliwej i doskonale zdającej sobie sprawę z tego czego nie chce. I tak doszłam do wniosku, że po prostu muszę oswoić siebie samą. Zrozumieć to, że nie każdy musi mnie lubić, akceptować i doceniać. Że moje wybory i decyzje mają być przede wszystkim dobre dla mnie, a nie dla innych, że warto posłuchać siebie, aby zrozumieć czego się tak naprawdę chce i że czasem bycie egoistką wychodzi na zdrowie. Zwłaszcza psychiczne. A to, że ktoś stworzył sobie obraz mojej osoby według własnej palety barw, to już jego inwencja twórcza. Dlatego niech nie ma pretensji do oryginału, że  rzeczywistość w zderzeniu z wytworem jego wyobraźni wygląda nieatrakcyjnie. 

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...