środa, 13 grudnia 2017

Prezent, którego nie kupię

Święta tuż, tuż... Czekam na nie już od momentu, kiedy się skończą i oczekiwanie to bardzo mi się dłuży.. Ale, jak już grudzień wkroczy wraz ze świątecznymi piosenkami, błyszczącymi  lampkami, a czasem nawet z bielą śniegu i mrozem, zaczyna się wyścig, maraton, sprint i bieg z przeszkodami w jednym. Niestety, dla mnie ten czas, nie jest tylko podporządkowany świątecznym przygotowaniom, ale pracy zawodowej i produkowaniu całej góry dokumentów. Przyzwyczaiłam się do tego, bo tak mam od jakiś 10 lat... Ale coraz bardziej zaczyna mi to przeszkadzać. Ten brak czasu na celebrowanie przedświątecznego rozgardiaszu, rozkoszowanie się aromatami bożonarodzeniowych przysmaków, robienie wszystkiego "po łebkach" i w jakimś takim nerwowo-sfrustrowanym nastroju. I tak sobie pomyślałam, w pewną grudniową sobotę, kiedy zamierzając upiec pierniki na choinkę, musiałam uznać wyższość matki natury i pogodzić się z brakiem elektryczności (piekarnik, niestety bez prądu nie chciał współpracować), siedząc na krześle w kuchni i oddając się kontemplacji zaistniałych okoliczności, że po co ja się tak gorączkuję? Po co biegam, jak kot z pęcherzem, pragnąc wszystko dopiąć na ostatni guzik, idealnie poukładać, wysprzątać, wypucować i dopilnować? W jakim celu daję się wciągnąć w ten kołowrotek szaleństwa i irracjonalnego przymusu robienia wszystkiego na 100 procent, skoro przez cały rok bronię się przed tym tak usilnie, pracując po swojemu i we własnym rytmie? Komu i co chcę udowodnić? Że jestem perfekcyjną panią domu, doskonałą żoną i matką, jednocześnie pracując zawodowo? Że daję sobie świetnie radę ze wszystkim? Komu potrzebna ta wiedza? Chyba tylko mi, żeby podbudować swoje ego... Moje przemyślenia doprowadziły mnie do kluczowego stwierdzenia, że może jednak dać sobie na wstrzymanie i ... w tym roku odpuścić sobie pierniki, sprzątanie, gotowanie i tysiące innych rzeczy i uciec na bezludną wyspę... Na szczęście, mój tok myślenia przerwał powrót elektryczności. A swoją drogą, do tak radykalnych kroków bym się nie posunęła, ale dotarło do mnie, że sama robię sobie mentalną krzywdę, tworząc w swoim umyśle ten przymus zapanowania nad każdą sprawą i  ogarnięcia za wszelką cenę wszystkiego w jednym momencie. A tak się po prostu nie da.  Trzeba zwolnić, skupić się na jednej rzeczy i zrobić ją najlepiej jak się potrafi, a dopiero później zabierać się za kolejną. I podarować sobie najlepszy prezent na święta jeszcze przed świętami: czas. Ja wiem, że pierogi, uszka, że trzepanie dywanów, wymiatanie kurzu zza szaf, komód i kanap, że zakupy, choinka i że to i tamto. Ale wezmę głęboki oddech, usiądę z filiżanką kawy z cynamonem i popatrzę na to z odrobiną humoru, dystansu i zdrowego rozsądku. Po cóż mi mieszkanie na wysoki połysk, skoro za kilka chwil nie będzie po nim śladu? Po co dwudziesta sałatka i dziesiąte ciasto, których smaku i tak nikt nie doceni będąc nafaszerowany toną innych przysmaków ze świątecznego stołu? Po co zamęt, pośpiech i nerwy? Nie chcę, aby mojej córce przedświąteczny czas kojarzył się z nerwami i dzikim pędem... Dlatego mój mąż uruchomi gramofon, z głośników popłyną świąteczne piosenki w wykonaniu Elvisa Presley'a,... A my z Dobrusią ozdobimy pierniki, ciesząc się z tego, że jesteśmy razem, potem przygotujemy życzenia do kartek świątecznych, które w tym roku wyślemy w większej ilości niż zwykle. I zaplanujemy, co pysznego wspólnie upieczemy i ugotujemy, jak ozdobimy choinkę i ile kilogramów cukierków trzeba na niej powiesić, by móc je wykradać i wyjadać jak najdłużej. Zapalimy świeczki o zapachu cynamonu i wanilii i będziemy razem, damy sobie czas i stworzymy z niego piękne wspomnienia.
Wspomnienia, dzięki którym tworzy się magia... I na chwilę zapomnimy o tym, że gdzieś tam na zewnątrz czas biegnie na łeb na szyję, coraz mniej magiczny, coraz mniej ludzki i coraz bardziej zachłanny.



wtorek, 24 października 2017

Słowo w obrazie – obraz w słowie: subiektywnie o ekranizacjach



 Post ten powstał na podstawie tekstu, który napisałam w odpowiedzi na prośbę Kasi z http://katarzynagrzebyk.pl/, która zaprosiła mnie do tego, abym wypowiedziała się na temat ekranizacji do drugiego numeru "Blogostrefy" - http://blogostrefa.net/ .

Dla wielbicieli słowa pisanego, a przede wszystkim literackich uniesień -  od romantycznych i wzruszających, poprzez fantastyczne i niesamowite, aż po te mrożące krew w żyłach i przyprawiające gęsią skórkę - ekranizacje książek mogą stanowić nie lada wyzwanie. Bardzo trudno jest przejść do porządku dziennego, kiedy twórczość ulubionego pisarza zostaje „sprofanowana” przez nieudolną ekranizację. Dobra książka obroni się sama, ale kiepski film na jej podstawie, może stać się bardzo skutecznym „odstraszaczem” od osoby pisarza czy gatunku literackiego. Jeszcze trudniej otrząsnąć się z szoku, jaki może wywołać rewelacyjny film nakręcony, jak się okazuje, na podstawie słabego lub nijakiego utworu, ponieważ widz może czuć się oszukany zarówno przez pisarza, jak i reżysera.
Jakiś czas temu, uważałam, że ekranizacje to najgorsze przestępstwo, jakiego można dokonać na literaturze. Za każdym razem czytając powieść, w mojej głowie pojawiały się obrazy, które dopełniały opisaną historię, pozostawiając niezapomniane wrażenie i pewną nieuchwytną atmosferę, która gubiła się zupełnie podczas ekranizacji. Gotowe obrazy przefiltrowane przez osobę reżysera i bohaterowie, o twarzach zupełnie odmiennych od tych, powstałych w mojej wyobraźni, zawsze przyprawiali mnie o rozczarowanie i smutek' połączone z niechęcią zarówno do książki jak i pisarza.
W miarę upływu lat moje nastawienie do zagadnienia dojrzało, zarówno  pod wpływem poszerzenia horyzontów moich literackich podróży, jak również dzięki rozwojowi sztuki filmowej oraz, jak by na to nie patrzeć, pewnej dojrzałości emocjonalnej, która nie pozwala mi już na bezmyślne krytykowanie samego faktu istnienia czegoś takiego jak ekranizacja. W wyniku moich estetycznych doświadczeń w sferze literacko-filmowej i po wnikliwej analizie materiałów poglądowych, moje podejście do ekranizacji przestało być jednoznaczne i często wynika z  rodzaju, tematyki i charakteru dzieł literackich, które zostały poddane temu procesowi. Na tej podstawie wyróżniłam następujące, bardzo subiektywnie pojmowane i interpretowane,  rodzaje ekranizacji: 


1. Ekranizacje wciągające w świat pisarza, sprawiające, że dzięki obejrzanemu filmowi, po raz pierwszy sięgam do literackiego dorobku danego twórcy. Tak właśnie poznałam twórczość Stephena Kinga. Zaczęło się od tego, że przypadkiem trafiłam w telewizji na „Lśnienie” w reżyserii Stanley’a Kubricka. Zachwycona tą ekranizacją, sięgnęłam do innych powieści mistrza grozy i zafascynowałam się tego rodzaju literaturą,  a Stephen King od tego momentu będzie miał zawsze szczególne miejsce w mojej biblioteczce i w moim sercu. Podobnie rzecz miała się z przygodami sławnego Sherlocka Holmesa. Zaczęło się od serialu, w którym główną rolę grał Jeremy Brett. Przesiąknięta tajemniczą atmosferą Londynu i wciągnięta w jego mroczne zakamarki, poddałam się czytelniczej przygodzie z detektywem, dzięki czemu poznałam twórczość Arthura Conana Doyle’a. Innym pisarzem, którego odkryłam dopiero po obejrzeniu ekranizacji jego powieści, był William Wharton. „Ptasiek” w reżyserii Alana Parkera stał się początkiem fascynującej przygody z twórczością tego pisarza, przygody, która uwrażliwiła mnie jako człowieka i trwa do dzisiaj.
Magia ekranizacji tych dzieł opierał się nie tylko na kunszcie reżysera, ale umiejętnym pozostawieniu niedosytu, który musiał zostać zaspokojony podczas czytania kolejnych powieści danego pisarza.


2.       Ekranizacje, które stanowią dopełnienie dla przeczytanych przez mnie powieści. W grupie tej znajdują się  książki, które przeczytałam, a potem obejrzałam ich ekranizacje. Należą do nich m.in. „Duma i uprzedzenie” oraz „Dziennik Bridget Jones”. Pierwsza z powieści zachwyciła mnie swoim stylem i sylwetkami bohaterów. Już wtedy zrodziło się we mnie pragnienie, aby obejrzeć całą historię. Była dla mnie tak sugestywna i plastyczna, że kiedy w telewizji zaczęto emitować serial z Jennifer Ehle i Collinem Firthem w rolach głównych, targały mną sprzeczne emocje. Z jednej strony cieszyłam się, że jedna z moich ulubionych powieści została zekranizowana, ale z drugiej zrodził się we mnie strach czy to, co zobaczą moje oczy będzie w zgodzie z tym, co stworzyła sobie moja wyobraźnia w trakcie czytania powieści. Okazało się, że ekranizacja „Dumy i uprzedzenia” i emitowana w formie serialu była idealnym obrazem oddającym nie tylko atmosferę epoki, ale przede wszystkim wzbudzającym we mnie sympatię dla bohaterów. Może to zasługa aktorów? A może po prostu ktoś zrobił naprawdę dobrą robotę? A może i jedno i drugie?
Podobnie rzecz się miała z „Dziennikiem Bridget Jones”. Powieść, mimo, że nie jest to literatura z górnej półki, przeczytałam z entuzjazmem wybuchając od czasu do czasu gromkim śmiechem. Nie będę udawać, i zaprzeczać, że nie utożsamiłam się z główną bohaterką i jej rozterkami. Kiedy pojawiła się ekranizacja intrygowało mnie to, czy udało się zachować w filmie ten klimat lekkości, żartobliwości i komiczności. Nie zawiodłam się. Było lepiej niż mogłam oczekiwać. I to nie tylko zasługa świetnych aktorów oraz świetnie przystosowanego scenariusza. Ważnym elementem całości obrazu była ścieżka dźwiękowa, która uzupełniała, dopowiadała i ilustrowała perypetie głównej bohaterki. 
P.S. Nieprzypadkowo w obu ulubionych przeze mnie ekranizacjach pojawia się aktor Collin Firth, który jest dla mnie ideałem męskiej urody, zaraz po Keanu Reeves. 


3.      Ekranizacje, które zapierają dech w piersiach i są doskonałe same w sobie, przez co książki, na podstawie których zostały nakręcone, nie trafią na moją listę czytelniczą. Ta grupa jest dla mnie niewygodna, z racji tego, że zaczęłam od obrazu i na tym poprzestałam. Dla kogoś, kto uwielbia czytać to prawdziwa plama na honorze. Ale przyznaję się do tego, że ekranizacje niektórych powieści zachwyciły mnie tak mocno, że boję się sięgnąć po ich literackie pierwowzory. Należą do nich: trylogia „Władca Pierścieni”, seria o Harrym Potterze, „Przeminęło z wiatrem”, „Forrest Gump” oraz „Milczenie owiec”. Dwa pierwsze tytuły nie wpisują się w moje gusta literackie, dlatego nigdy nie myślałam o tym, aby sięgnąć po ich lekturę. Do obejrzenia ekranizacji zachęcił mnie mój mąż – wielki miłośnik Tolkiena i literatury fantastycznej.  Po długich namowach dałam się wciągnąć w fantastyczne światy, w wir przygód i niesamowitą dawkę dobrej energii. Każda obejrzana przeze mnie części trylogii Tolkiena zaskoczyła mnie pod każdym względem. Nie chodzi mi tylko o wartości estetyczne, ale przede wszystkim przeżycia, wzruszenia i fakt, że czas podczas oglądania skurczył mi się w jakiś tajemniczy sposób. Z serią o Harrym Potterze było podobnie. Barwnie, energicznie, ciekawie – to mieszanka, która sprawiła, że na każdą kolejną ekranizację czekałam z utęsknieniem, nie odczuwając potrzeby przeczytania książki. Moje wszystkie estetyczne potrzeby zostały zaspokojone podczas filmowych wieczorów organizowanych w domowym zaciszu, a poza tym, bałam się rozczarowania treścią, sposobem opisywania danych wydarzeń i tego, że będę wszystko porównywać z tym, co już widziałam. 

Inne powody ku temu, aby nie sięgnąć po lekturę miałam po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem”, „Forresta Gumpa” i „Milczenia owiec”. Każdy z nich to arcydzieło sztuki filmowej, które w niezwykle mocny sposób zapadło mi w pamięć i poruszyło serce.  Intensywność emocji, które towarzyszyły mi podczas oglądania tych ekranizacji była tak wielka, że nie miałam złudzeń -  książka nie zadziałałaby podobnie, a na pewno nie tak intensywnie i na wskroś przejmująco. Dlatego nie chciałam burzyć tych wrażeń, spłycać emocji i.. odpuściłam czytanie. 


4.      Ekranizacje, których nie obejrzę, ponieważ ich książkowe pierwowzory stanowią tak doskonałe i zachwycające dzieło sztuki pisarskiej, że żaden reżyser nie byłby w stanie sprostać moim wymaganiom i wyobrażeniom. W tym wypadku działa ten sam mechanizm, o którym pisałam w poprzednim punkcie, ale w odwrotnym kierunku. Mam na swojej liście czytelniczej takie powieści, których ekranizacji nie obejrzę z obawy o sprofanowanie moich wyobrażeń i odczuć. Do takich powieści mogę zaliczyć „Miłość w czasach zarazy” G.G. Marqueza. Ta przepiękna historia o miłości, opowiedziana w sposób niezwykle sensualny, wrażliwy, pokazana za pomocą całej gamy  uczuć i różnych ich odcieni, przeniesiona na ekran mogłaby stracić właśnie to, co w niej najcenniejsze – bogactwo emocji. Takie podejście mam także w stosunku do „Anny Kareniny” Lwa Tołstoja oraz  powieści Paula Coelho pt. „Weronika postanawia umrzeć” – zbyt mocno utożsamiam się z bohaterami, zbyt intensywnie przeżywam ich losy, zbyt doskonałe są to powieści, aby psuć sobie to wszystko obrazem, przefiltrowanym przez (na pewno zupełnie odmienną od mojej) wrażliwość reżysera.


5.      Ekranizacje, o których trzeba koniecznie zapomnieć, a najlepiej nigdy ich nie oglądać. Niestety, są takie. I najgorsze jest to, że w większości należą do nich te, powstałe na podstawie naszych narodowych dzieł. Do tej grupy muszę zaliczyć „Pana Tadeusza” w reżyserii Andrzeja Wajdy i „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza. W pierwszym przypadku, pomijając fakt, że nie przepadam za twórczością Adama Mickiewicza, a treść epopei  była mi znana od ósmej klasy szkoły podstawowej,  całość wydawała mi się sztuczna, wymuszona i nakręcona pod tzw. publikę, zaznaczmy, że tylko polską publikę, bo komuś spoza naszej kultury, ciężko byłoby połapać się w tej całej opowieści. I nawet fakt, że tytułową rolę grał mój ulubiony w tamtym czasie aktor – Michał Żebrowski – nie pomógł w pozytywnym odbiorze tej ekranizacji.  

W drugim przypadku,  pięknie napisana historia stała się tylko tłem dla aktorów, którzy chcieli zaistnieć na wielkim ekranie, bądź udowodnić, że jeszcze coś potrafią. Niestety, ani sposób przeniesienia powieści historycznej z kart książki na taśmę filmową, ani jego realizacja, nie były wyrazem reżyserskiego kunsztu. Miałam wrażenie, że ktoś robił to wszystko zbyt pobieżnie, pochopnie, niedokładnie, jakby od niechcenia, biorąc tylko pod uwagę to, czy dany aktor lub aktorka ma wystarczająco przestrzeni dla swojego „ego”. Jedyne co było warte uwagi to ścieżka dźwiękowa z muzyką Jana A.P. Kaczmarka, oraz utwory „Quo Vadis, Domine?” w wykonaniu Michała Bajora oraz „Dove Vai” śpiewaną przez niego w duecie z Małgorzatą Walewską.
Dla kogoś, kto nie wyobraża sobie życia bez czytania i bez książek, każda próba obejrzenia ekranizacji, przeczytanej wcześniej powieści, staje się wyzwaniem poprzedzonym wątpliwościami i wieloma znakami zapytania. Oczekiwania wybrednego czytelnika, który zdążył już sobie wyrobić pewną opinię wobec zekranizowanego dzieła są ogromne. Dlatego bardzo trudno jest osiągnąć poziom, na którym wyobrażenia i odczucia czytelnicze będą łączyły się z wizją reżysera. Najważniejsze według mnie jest to, aby ekranizacja była spójna, pod względem przedstawionych treści, aktorów wcielających się w głównych bohaterów, tła oddającego klimat oraz tych wszystkich elementów, które tworzą całą otoczkę oddziałującą na zmysły widza. Niekiedy wystarczy odpowiedni dobór aktorów, czasem sposób wykreowania całej historii, a czasem elementem, który może wpłynąć na to, że dana ekranizacja zapadnie nam w pamięć, może być jakaś scena lub nawet jedna piosenka, która wyrazi więcej emocji niż cały opis zamieszczony na kartach powieści. Istotne jest to, aby ekranizacja stanowiła dzieło samo w sobie, zamknięte, skończone, aby oglądając ją zapomnieć o całym świecie i dać się ponieść tej sile, które niosła nas wcześniej podczas czytania.
A jak to jest u Was z tematem ekranizacji? Które zapadły Wam w pamięć i zachwyciły? A które, sprawiły, że bardziej doceniliście słowo pisane i wirtuozerię pisarza?

piątek, 20 października 2017

Efekt B.B.

Dzisiejszy post nie będzie, wbrew pozorom, o  nowościach kosmetycznych, ani o rajstopach z cudownymi właściwościami, ani o żadnych kalesonach (co sugerował mi kolega). Nie  będzie także o znanej aktorce, chociaż skrót B.B. może insynuować, że o tę niesamowitą kobietę chodzi. Nic z tych rzeczy. Będzie raczej brutalnie, uszczypliwie i szyderczo, bo temat, którym pragnę się z Wami podzielić dotyczy nadęcia (nie mylić ze wzdęciem, chociaż efekt podobny), dumy, tandetnego efekciarstwa, megalomanii, żenującego pozerstwa, jednym słowem bufonady. Nie omieszkam wytknąć przy tej okazji różnych braków jednostek uprawiających, jakże piękną sztukę bufonady, od braku wykształcenia, inteligencji, w tym tej emocjonalnej, poprzez brak elementarnych zasad savoir vivre, aż do braku najzwyklejszej przyzwoitości i umiejętności budowania relacji z innym człowiekiem na zdrowych zasadach, pozbawionych interesowności, chęci manipulacji i bez wykorzystywania swojej uprzywilejowanej pozycji.

Można być samotną wyspą. Mieć tą niezwykle komfortową sposobność liczenia tylko na siebie, podyktowaną wykształceniem, wiedzą, praktyką czy najzwyklejszą mądrością życiową, zdobytą podczas wielu życiowych zawirowań i burz. Można nie oglądać się na innych i robić swoje bez egoistycznej potrzeby bycia w świetle reflektorów, na piedestale, w centrum uwagi wszechświata czy nieustannego zachwytu i poklasku. Można być sobą bez potwierdzania swojej wartości w oczach innych i spoglądać na świat z pewną dozą uszczypliwości, zdrowego dystansu. Można wyalienować się ze zgrai napędzanej materialistycznymi, snobistycznymi i egoistycznymi pobudkami wyścigu szczurów czy wypisać się z  udziału w wyborach na najbardziej wazeliniarskiego "włazidupka" (przepraszam za wulgaryzm, ale żadne inne słowo nie ma w sobie takiego ładunku emocjonalnego). Można. I rzekłabym, że nawet należy. Łatwo napisać, trudniej wcielić w życie. Bo jak uciec przed rozpychającymi się z każdej strony  nadęciem, dumą, bezczelnością, zidioceniem, zmanierowaniem i tupeciarstwem? Jak reagować na pustosłowie, infantylizm i umysłową czarną dziurę osób, które zamiast panoszyć się w swoim samouwielbieniu, powinny wrócić do ławek szkolnych, albo udać się na jakąś bezludną wyspę pozbawiając tym samym otoczenie swojej wątpliwej błyskotliwości, irytującej osobowości, a przede wszystkim rozrośniętego do niewyobrażalnych wprost rozmiarów ego? Jeżeli ktoś znajdzie na to sposób, na pewno dostanie nagrodę Nobla.
Z bufonem spotkał się każdy z nas. Stanął nam na drodze taki element na pewno. Postać przybiera różną, więc czasem trudno stwierdzić, na pierwszy rzut oka, co to za typ. W wyniku moich obserwacji i doświadczeń jestem w stanie wyodrębnić kilka gatunków.
Pierwszy z nich to bufon pseudointelektualny. Wzgardziwszy porządnym wykształceniem (wzgardzenie to może wynikać z ewidentnych braków intelektualnych, niepozwalających na kontynuowanie nauki na wyższym poziomie albo być podyktowane zasobnym kontem rodziców tudzież innych sponsorów) lub zdobywszy takie za "niewielką" opłatą, pseudointelektualna bestia zachowuje się niczym profesor doktor habilitowany nauk wszelakich. Bez mrugnięcia oka potrafi wykorzystywać wiedzę bardziej wyedukowanych osób, żerować na ich umiejętnościach, przypisywać sobie ich zasługi, wykorzystywać pomysły tych bardziej kreatywnych, chełpić się dokonaniami, które niestety, nie są wynikiem samodzielnego zgłębiania tematu, ale zwykłego złodziejstwa, bezczelności i wygodnictwa. Przyjść na gotowe i sprawić wrażenie na innych, że samemu dokonało się czegoś spektakularnego - to dopiero sztuka! Podziwiam, ale nie zazdroszczę. Braki w wykształceniu prędzej czy później się ujawnią, zwłaszcza, gdy ktoś, kto "liznął" jakiś temat, święcie wierzy w to, że posiadł mądrość całego świata.
Kolejny gatunek  - to "bufon pasożyt". Istotą jego postępowania  oraz siłą napędową we wszelkiej działalności jest przekonanie o tym, że jest wyjątkowy, niezwykle utalentowany, lubiany, szanowany i poważany z racji swojej pozycji (zdobytej w szemranych okolicznościach lub przez wykorzystanie jakiegoś naiwnego, który dał się omamić pustosłowiem i sloganami).  Jego megalomańskie ego rośnie tym szybciej, im więcej posiada. Popychany rosnącym apetytem na prestiż, bogactwo i popularność, jest w stanie zrobić wszystko, aby utrzymać się na fali wznoszącej i przy okazji zagarnąć jak najwięcej dla siebie. "Bufon pasożyt" patrzy na innych przez pryzmat własnych korzyści i umiejętnie wykorzystuje sytuacje, manipuluje ludźmi oraz deprecjonuje osiągnięcia tych, którzy są dla niego potencjalnym zagrożeniem. Bufonada w tym wydaniu może się jednak szybko skończyć, bo w miarę jedzenia apetyt rośnie, a bez odpowiedniego wyczucia i umiejętności powiedzenia sobie stop, można się albo - za przeproszeniem -  osrać albo udławić.
Innym gatunkiem bufona jest ten z gatunku "im kto mniej wart, tym wyżej głowę nosi". Chciałby za wszelką ceną uchodzić za niezwykle dobrze ułożoną personę, ale jakimś cudem mu to nie wychodzi. Im bardziej pragnie być elokwentny i dystyngowany, tym bardziej pachnie słomą z butów. Ale bufon tego nie widzi, zapatrzony w swoją wspaniałość, wyjątkowość i niepowtarzalność, którą wszyscy powinni naśladować i podziwiać. I wchodzi taki ktoś do pokoju i ani nie spojrzy z nutką sympatii, ani tym bardziej "dzień dobry" nie powie. Bo po cóż zniżać się do plebsu, który jest tylko marnym prochem bez znaczenia? Nie wymagajmy zbyt dużo od kogoś, kto nie widzi niczego poza czubek swojego pięknego nosa i po prostu zignorujmy takiego osobnika. 
Są tacy jeszcze, którzy lubią robić dużo szumu wokół siebie, siać zamęt i robić dobre, ale nieprawdziwe wrażenie. Efekciarze - mistrzowie iluzji, gry pozorów, zmanierowania i pozerstwa. Fanfaronada w czystej postaci. Molier miałby pole do popisu i możliwość stworzenia wielu porywających komedii, ale niestety, z wiadomych przyczyn, nie będzie na to szans i cała ta szopka na nic. Pozostaje jedynie obserwować i śmiać się w duchu - przynajmniej rozrywka na żywo zagwarantowana!
Przykładów na przejawy bufonady mogłabym jeszcze  mnożyć, ale nie chcę już dobijać Bogu ducha winnych czytelników. Rozszyfruję jeszcze tytuł dzisiejszego wpisu - efekt balona bufonady. Pojęcie to zrodziło się w mojej głowie w wyniku szoku, jakiego doznałam, kiedy dotarło do mnie, że tak naprawdę każdy z nas ma w sobie to pragnienie zaistnienia, popisania się i bycia, chociaż przez chwilę, w centrum uwagi. Ważne, żeby tego balona bufonady zbytnio nie nadmuchiwać, bo każdy balon pęka. A im bardziej pękaty, z tym większym hukiem zniknie.
   

środa, 18 października 2017

Celebrowanie życia



"Wierzę, że jeśli zaczniesz myśleć pozytywnie, a nie wzdychać z rezygnacją, że to czy tamto znów tak samo, i powstrzymasz rąk opadanie, to znajdziesz w sobie energię, żeby podołać. Wiem, że ją masz. Gdyby Cię odpowiednio podłączyć, cały Sanok przez noc byś oświetliła!!!" - takie oto słowa skierowała do mnie pewnego czerwcowego dnia roku pańskiego 2009, Ewelina - kobieta, z którą los (na całe szczęście!!!) zetknął mnie podczas studiów,  i która do tej pory gości w moim życiu.  Stało się to w czasie, kiedy przeżywałam trudne chwile zarówno w małżeństwie, jak i zawodowo. Kiedy w mojej głowie rozsiały się same czarne myśli i nie widziałam niczego pozytywnego wokół, kiedy  zmęczyło mnie ciągłe, samotne użeranie się z życiem, kiedy sił było coraz mniej, miłość się skurczyła, a  zgorzknienie i rezygnacja stały się jedynymi towarzyszkami moich dni. Tak jakoś się porobiło. Pogubiłam się i wpadłam w stan marazmu. To właśnie obecność Eweliny i pozostałych moich przyjaciół, ich nieustanne kopniaki w cztery litery, pozwoliły mi na to, aby pozbierać się i wziąć się z tym moim życiem za bary. Ciężko było, nie powiem. Żadne tam czary-mary i wielki powrót nowej, ulepszonej wersji mnie do piękniejszej rzeczywistości!  Raczej mozolne odgruzowywanie codzienności z nadmiaru złych emocji, ponurych myśli i zgubnych przyzwyczajeń. Praca u podstaw, gruntowne porządkowanie spraw, wyznaczanie sobie małych celów, budowanie asertywności i poczucia własnej wartości. I najważniejsze: nauka cieszenia się życiem!!! Tak globalnie, całościowo, ale także w mikro-wymiarze, bardzo osobistym, subiektywnym i egoistycznym. Jako że uparta jestem jak osioł, bardzo mozolnie szła ta nauka, ale dzisiaj zbieram jej owoce. Przestawiłam się z podejścia, które kazało mi (bezpodstawnie, jak się okazało) oczekiwać od życia spektakularnych wydarzeń, wielkich pokładów szczęśliwości i wydarzeń z gatunku WOW, na podejście minimalistyczne - radowanie się znacznie mniejszymi rzeczami, które w oczekiwaniu na te wielkie wcześniej, zupełnie mi umykały i  wyszukiwanie w codzienności drobnostek, które dodawały jej smaku i sprawiały, że apetyt na życie rósł z każdym dniem. Zaczęło się od wypicia zwykłej kawy, bez pośpiechu, bez zapętlenia myślowego spowodowanego tym, że coś muszę i powinnam.
Siedziałam w kuchni, sączyłam magiczny, jak się okazało, napój, wpatrywałam się na niebo za oknem i cieszyłam się tą chwilą dla siebie. Stopniowo odkrywałam więcej takich momentów: całusy córki tak bez okazji z czystej potrzeby serca, z zaskoczenia i niewymuszone; listy od przyjaciółek  pełne budujących i ciepłych słów, książki w prezencie od kolegi, bo wie, że uwielbiam czytać; gołąbki z ziemniakami od mamy, bo słyszała, że "chodzą za mną"; sms od siostry z informacją o koncercie, na który może miałabym ochotę pójść, telefony od braci i chwile rozmowy z nimi, cierpliwość mojego taty do transportowania niepraktykującej motoryzacyjnie córki i cierpiącego na chorobę lokomocyjną psa; słowa "ładnie wyglądasz" od męża, któremu zdarzy się jeszcze spojrzeć na mnie maślanymi oczami i pewność, że po powrocie z pracy będzie czekać na mnie gorąca kawa zrobiona przez niego; niespodzianki wygrane w konkursach  - głównie książki i kosmetyki (wielka kumulacja w totka nie jest mi widocznie pisana) i wiele, wiele innych. To właśnie te drobne, codzienne wydarzenia, po odkryciu ich piękna i siły oddziaływania, pozwoliły mi na szczere docenienie tego co mam, czym obdarzyli mnie ludzie wokół mnie i cieszenie się życiem.
Celebrowania każdego dnia trzeba się nauczyć, trzeba wpaść w nawyk dostrzegania drobnostek, iskierek i przebłysków, które układają się w mozaikę zwaną życiem. Zwykłe czynności można traktować jak coś wymuszonego, nużącego i nudnego, ale wystarczy zacząć je traktować jako pewnego rodzaju porządek i stabilność dającą poczucie bezpieczeństwa i już nie są ciężarem. A wtedy o wiele łatwiej jest dostrzec to wszystko, co nas uskrzydla, dodaje sił i sprawia, że zwykły dzień staje się niezapomniany. I wcale nie chodzi o to, aby robić szalone, niezwykłe rzeczy, o których powiadomimy znajomych na Instagramie czy Facebooku. Czasem chodzi o to, aby pobyć z kimś kogo się kocha przy lampce wina i dobrej muzyce, o to, aby powygłupiać się z grupą znajomych i głośno się śmiać. Niekiedy wystarczy wspólne gotowanie i objadanie się smakołykami, podziwianie zachodu słońca nad jeziorem czy spadających gwiazd na polanie w lesie. Takie małe wielkie rzeczy, które są o wiele cenniejsze niż życie na pokaz, wbrew sobie i w pędzie, który nie pozwala na delektowanie się czasem, który został nam dany. Takie małe wielkie rzeczy, które zostają w nas na zawsze i do których możemy zawsze wrócić, niczym do albumu ze zdjęciami. Kiedy już nauczyłam się czerpać radość w wersji minimalistycznej, dotarło do mnie, że to ja sama byłam odpowiedzialna za cały  chaos w moim życiu, bo skupiałam się nie na tym co trzeba i nie na tym, na co miałam wpływ. Przerzucałam odpowiedzialność za wszystko na innych, na pecha, na niesprzyjający los... A wystarczyło tylko uporządkować to wszystko. Poukładać sobie pod kopułką, ustalić nowe priorytety,  wyrzucić  toksyczne i trujące myśli, a skupić się na tym, co dobre i motywujące.  Bez obwiniania, bez roszczeń i pretensji do całego świata. Jednym słowem przefiltrować rzeczywistość. Co to dla mnie oznacza? Otóż, filtracja polega u mnie na umiejętności wartościowania spraw, które mnie dotyczą  i zaprzątania sobie głowy tylko tymi, które są dla mnie szczególnie ważne i  które wpływają nie tylko na mnie, ale także na moją rodzinę.  Podejście takie wynika z akceptacji siebie, świadomości tego kim jestem, co potrafię  i co jest dla mnie najważniejsze, a także z pewnego rodzaju znieczulenia na oczekiwania innych wobec mnie i ich zdania na mój temat. Wychodzę z założenia, że to jakie jest moje życie zależy ode mnie i nikomu  i niczemu nie pozwolę na to, aby pozbawić mnie radości z tego, że jestem, bo przecież, cytując moją przyjaciółkę Ewelinę "tak głupio chyba siedzieć cicho w kącie i czekać, aż się życie zacznie?" Dlatego celebruję każdy dzień rozpoczynając go od spaceru z psem (siła wyższa, ale jakże rozbudzająca) i filiżanki kawy wypitej w ciszy budzącego się poranka. I wyglądam z ciekawością na to, co ma do zaoferowania nadchodzący dzień, bez oczekiwań na wielkie WOW, ale z nadzieją na to, że pozytywnie mnie zaskoczy. Albo ja jego!   












niedziela, 1 października 2017

Wielka Wymiana Książkowa

  Grafika przygotowana przez Kasię












Kochani!


Po raz trzeci biorę udział w niezwykłej i niesamowitej akcji jaką jest Wielka Wymiana Książkowa. Sama akcja organizowana jest już czwarty raz, ale ja jedną opuściłam z przyczyn niezależnych ode mnie. Kto stoi za tyk książkowym poruszeniem, wzmożoną liczbą przesyłek i wszechogarniającym zadowoleniem, którego doświadczają niepoprawni czytelnicy?  Otóż, pierwszą sprawczynią tego magicznego poruszenia jest Magda z http://savethemagicmoments.pl, która nieprzerwalnie od pierwszej edycji, z wielkim zaangażowaniem i pasją zachęca do udziału w Wielkiej Wymianie Książkowej. Drugą kobietą, która podjęła się współorganizacji tego przedsięwzięcia jest Dagmara z http://socjopatka.pl.

Jakie książki przygotowałam? Nie jest ich dużo, bo ostatnio obdzieliłam kilka bliskich mi osób, ale mam nadzieję, że te którymi dysponuję będą dla kogoś interesujące.

Oto moja lista:
  1. Wymieniona - Edward Arenz "Zapach czekolady" - piękna, aromatyczna i klimatyczna opowieść z czekoladą i miłością na pierwszym planie. Stan: bardzo dobry;
  2. Marcin Ciszewski, Krzysztof  Liedel "Gliniarz" - mocna opowieść dla ludzi o stalowych nerwach. Stan: bardzo dobry;
  3. Wymieniona - Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu" - znany tytuł, dobrze się czyta. Stan: dobry - okładka troszkę zniszczona;
  4. Wymieniona - Angela Marsons "Niemy krzyk" - wciągająca, mroczna - idealna na jesienne wieczory. Stan - bardzo dobry;
  5. Wymieniona - Sarah Pinborough "Co kryją jej oczy" - mroczny thriller, pełen zwrotów akcji. Stan: dobry - okładka nosząca ślady intensywnego czytania;
  6. Katarzyna Pisarzewska "Zmowa milczenia " - ciekawa i intrygująca powieść kryminalna. Stan - bardzo dobry;
  7. "Opowiadania letnie a nawet gorące" - zbiór opowiadań takich autorów jak: Janusz L. Wiśniewski, Irena Matuszkiewicz, Iwona Menzel, Małgorzata Domagalik, Grażyna Bąkiewicz. Stan: dobry - delikatnie pożółkłe kartki, ale to efekt długiego przebywania w mojej biblioteczce.

 Zapraszam do wymiany!

sobota, 23 września 2017

W pogoni za pracą

Podejście drugie do wpisu. Za pierwszym razem cały tekst się ulotnił szybciej niż absztyfikant, któremu wizja ślubu zupełnie nie pasowała do planów na życie. Ale nie poddając się frustracji, nie złorzecząc na swoją nadpobudliwość, która przyczyniła się do skasowania całego posta (przyznaję się bez bicia - nie zapisywałam stworzonego tekstu, nie mam tego nawyku, niestety) uparłam się i nie odpuszczę.
Temat dzisiejszego wpisu zrodził się pod wpływem wielu doświadczeń - nie tylko moich, sytuacji na rynku pracy, szczególnie w takim miasteczku jak Sanok oraz z rozdźwięku, jaki powstaje pod wpływem informacji medialnych o spadku  bezrobocia, wysokości  z średniej pensji i braku rąk do pracy z tym, co ja sobie bardzo subiektywnie i egoistycznie myślę.

Praca. Wymarzona, narzucona, wymuszona przez okoliczności czy też przypadkowo znaleziona powinna być zajęciem sprawiającym przynajmniej minimum radości. Większość z nas stanęła przed wyzwaniem jakim jest odnalezienie się na rynku pracy. Jest to nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeżeli nie mamy tzw. pleców, nie możemy liczyć na znajomości, kontakty, pozycje, a jedynymi naszymi atutami jest ukończona szkoła, kurs czy studia, chęci do pracy, motywacja i  pragnienie znalezienie miejsca, w którym można się będzie  rozwijać zawodowo, dokształcać, zdobywać doświadczenie i budować swoją pozycję zawodową.  Tworzymy CV i listy motywacyjne, aby w jakiś rozsądny i skuteczny sposób przekonać do siebie potencjalnego pracodawcę - kogoś, kto nam przecież zaufa, powierzy zadania, będzie stawiał wymagania, wyznaczał cele, ale także motywował, zachęcał, wytykał ewentualne błędy, a przede wszystkim odpowiednio płacił za nasz wysiłek i trud. A my, natchnieni i pełni energii będziemy się wykazywać, wspinać po szczeblach kariery, wzbudzając coraz większy szacunek i wdzięczność pracodawcy... O naiwności! Cóż za utopijna wizja! Jak wiemy, rzeczywistość jest inna, a zwłaszcza w takim miejscu jak chociażby Sanok.  Obserwując to, co się dzieje wokół mam wrażenie, że pracownik traktowany jest jak zło konieczne, jak koszt, który pozbawia pracodawcę zer na koncie. Niestety, podejście takie nasila się zwłaszcza w stosunku do pracowników, którzy mają długi staż pracy, a w związku z tym mają podstawy w postaci wiedzy i doświadczenia do tego, aby więcej wymagać, tak jak wymaga się od nich. Akcja - reakcja. Jeżeli zwiększa się wymiar obowiązków i wymagań powinno za tym iść coś jeszcze. Ale spróbujmy tylko wspomnieć o jakiejkolwiek podwyżce! Co usłyszymy? Stare i popularne, zwłaszcza w prywatnych firmach, stwierdzenie:" Na twoje miejsce jest piętnastu chętnych, którzy chętnie popracują za mniejsze wynagrodzenie. " Wszyscy to chyba znamy. Co w takiej sytuacji pozostaje nam zrobić? 
Opcja pierwsza: siedzieć cicho w narastającej frustracji i nie poruszać drażliwego tematu. Wyjście nie jest najlepsze, z góry uprzedzam. Siedzieć cicho to można na pisemnym egzaminie maturalnym, a nie podczas walki o byt swój i swojej rodziny. Są wprawdzie tacy, którzy z podkulonym ogonem cichutko przycupną i spróbują inaczej podziałać, np. za pomocą lizusostwa,  przyklaskiwania albo innych sposobów spróbują wpłynąć na podniesienie swoich notowań, a tym samym załapanie się na jakiś awansik. Z czasem  nieprzemyślana prośba o podwyżkę staje się sennym  majakiem, głupim dowcipem, albo efektem zbytniej nerwowości. 
 Pozorny spokój i pogodzenie się z losem można wykorzystać z premedytacją i satysfakcją do tego, aby naleźć inne miejsce zatrudnienia. Taki kubeł zimnej wody, może stać się rewelacyjnym motywatorem do tego, aby odważyć się na zmiany. Do pracy przychodzimy grzecznie i punktualnie, robimy co do nas należy, może nawet bardziej i mocniej angażujemy się w pracę, ujawniając coraz więcej swoich talentów. A w międzyczasie rozpuszczamy wici, nasłuchujemy, wypytujemy, dajemy światu znać, że jesteśmy otwarci na nowe propozycje zatrudnienia i gotowi do zmian. A nuż stanie się cud i zostaniemy docenieni w dotychczasowym miejscu pracy i cały misterny plan nie będzie miał racji bytu, albo też znajdziemy coś nowego, bardziej rokującego i odpowiadającego naszym wymaganiom. 
Opcja druga: rzucamy wszystko bez zwłoki i żadnych sentymentów szukając nowej pracy. Dobry plan dla singli, którzy nie mają na utrzymaniu rodziny, dla osób, które mają współmałżonka o dochodzie pozwalającym na chwilowe bezrobocie lub dla kogoś kto ma na tyle dobre zaplecze finansowe, że brak pracy nie jest jego największym koszmarem. Opcja ta odpada w przypadku kogoś takiego jak ja, z dzieckiem, mężem i psem na utrzymaniu, bez zaplecza finansowego, chyba, że za takie można uznać mieszkanie i działkę. Ewentualnie rozważyłabym wyjazd za granicę z całą ekipą, ale w obliczu dynamicznie zmieniającej się sytuacji ogólnoświatowej, wolę nie ryzykować.
Opcja trzecia: zakładamy działalność gospodarczą. Pomysł prosty i genialny, pod warunkiem posiadania kreatywnego i innowacyjnego pomysłu na siebie i swoją firmę, pasji, cierpliwości, zaangażowania i samodyscypliny. W moim przypadku pomysł spalił na panewce, ponieważ jestem niecierpliwa, niezdyscyplinowana, chaotyczna, nadpobudliwa (motyw klawisza "delete") i nie mam powalających na kolana pomysłów, które mogłyby zapewnić mojej potencjalnej firmie funkcjonowanie. Może kiedyś obudzę się natchniona jakimś konceptem na siebie? Nie mówię, że nie i czekam spokojnie na ten przebłysk geniuszu.
Opcja czwarta: wygrać kilka milionów w lotto. Krótko mówiąc: pomarzyć można, ale trzeba brać się do roboty.
Sytuacja pracowników wcale nie jest tak różowa jak nam się wydaje, albo raczej, jak kreują to media i populistyczne hasła partii rządzącej. Owszem, specjaliści i wykwalifikowani pracownicy, którzy mają szansę na dokształcanie się, którym stwarzane są te możliwości zawsze będą doceniani i potrzebni. Gorzej z takimi przebranżowionymi polonistami jak ja. Ni to pies ni wydra - chciałoby się rzec. W szkole pracować nie mogę, bo straciłam uprawnienia (mam w planach kurs pedagogiczny, tak na wszelki wypadek), a  specjalistą ds. kadrowo -  administracyjnych nigdy nie będę, bo nikt nie zagwarantuje mi szkolenia za każdym razem, gdy tylko zmienią się przepisy i inne wytyczne.  W związku z czym trzymam się opcji pierwszej z wariantem działania i szukania. A co z tego wyjdzie?  Nie omieszkam Was o tym powiadomić. A tym, którzy są w trakcie poszukiwania swojej zawodowej przystani życzę cierpliwości i wytrwałości. Pamiętajmy, że praca ma być chociaż w 10 procentach przyjemnością. Zwłaszcza  jeśli te 10 procent stanowią ludzie, z którymi przyszło nam się zetknąć.

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...