niedziela, 9 sierpnia 2020

Zanim to zrobisz, zastanów się trzy razy

Patrzysz na mnie z zainteresowaniem, kiedy przechodzę przez ulicę. Uśmiechasz się mijając mnie na chodniku. Prawisz komplementy, na które albo uśmiecham się z wyniosłością i wtedy masz mnie za nieczułą i zimną kobietę zadzierającą nosa, albo reaguję ze złością, sprowadzając cię na ziemię i ukazując swoje mroczne oblicze. Musisz wiedzieć, że tani podryw działa na mnie jak płachta na byka, wyświechtane banały i ten sam zestaw słów powtarzany każdej kobiecie, obranej za obiekt podrywu, sprawiają, że wstępuje we mnie zło. Nie jestem z tych, które za wszelką cenę muszą uwiesić się na męskim ramieniu, aby czuć swoją wartość i atrakcyjność. Nie imponuje mi bycie kolejną zdobyczą, zabawką na jedną noc, foczką czy laską do zaliczenia. Nie potrzebuję być z kimś tylko dla tego, żeby uciec od samotności, a w gronie "sparowanych" znajomych nie być piątym kołem u wozu. I jeśli kiedykolwiek, w jakimś myślowym przebłysku intelektu, uczuć czy czegoś innego, przyjdzie ci na myśl, aby się ze mną umówić, przemyśl to sobie, nie dwa, ale trzy razy. A najlepiej od razu odpuść sobie ten niedorzeczny pomysł i tę fantasmagorię. Nie rób sobie złudnych nadziei, bo wymagania mam nader osobliwe i wysokie. I są one nie wynikiem jakiś kaprysów, ale życiowego doświadczenia, które pozbawiło mnie romantyczności, umiejętności bujania w obłokach, ale nauczyło pragmatyzmu, racjonalizmu i dystansu.
Jeżeli nadal bierzesz pod uwagę możliwość umówienia się ze mną (chociaż to zupełnie irracjonalne) zapamiętaj to sobie raz na zawsze: nie jestem sama. Mam córkę i ona zawsze będzie dla mnie najważniejsza. Jej zdanie liczy się dla mnie najbardziej i to jej potrzeby są dla mnie najistotniejsze. Wiedz, że gdyby mi przyszło wybierać pomiędzy nią a tobą, jesteś na przegranej pozycji. 
Kolejna istotna kwestia: nigdy nie deprecjonuj mojego byłego partnera. Nigdy nie oceniaj ani jego, ani naszej przeszłości. Nie opowiadaj mi też o swoich byłych partnerkach. I przenigdy nie porównuj mnie z nimi. Każdy ma swoją historię. Możesz mnie wtajemniczyć w swoją przeszłość, ale bez oceniania, bez stawiania mnie w pozycji sędziego, doradcy czy psychoterapeuty.  
Pamiętaj także, że moje życie jest najlepsze jakie mogłam stworzyć córce i sobie. I dobrze nam tak, jak jest. Nie uciekam od niczego. Biorę na klatę wszystko co niesie codzienność i nie muszę niczego nikomu udowadniać. Jest mi dobrze, wygodnie i swobodnie. Żyję według ustalonych przeze mnie reguł i wiem, że jest to dla mnie optymalnie. I takie warunki stworzyłam też córce. Jeżeli zaś chciałbyś wejść do tego naszego poukładanego świata  i zasłużyć na swoje miejsce w nim, musiałbyś się bardzo mocno wysilić. Bardziej niż wspinając się na Mount Everest. Najtrudniejsze zadanie jakie cię czeka - to udowodnienie, że z tobą będzie nam lepiej pod każdym względem I nie chodzi mi tu o aspekt materialny, bo nie potrzebuję sponsora. Musisz być obecny w naszym życiu, interesować się naszymi sprawami. Musimy czuć, że stoisz za nami murem, że możemy na ciebie liczyć. Musisz udowodnić, że jesteś przyjacielem, dobrym duchem i aniołem stróżem, bez którego to nasze poprzednie życie będzie wydawało się niepełne, smutniejsze i mniej przyjazne. I nie chodzi tu o deklaracje słowne, puste obietnice i piękne, ale bezpodstawne wyznania. Działaj. Poprzez swoje zachowanie i decyzje udowodnij, że zasługujesz na poważne traktowanie, a tym samym na to, aby zaprosić cię do naszego życia. Pokaż, że mam do czynienia z dojrzałym emocjonalnie facetem, a nie z rozmemłanym dzieciakiem, który nie wie czego chce i obraża się na cały świat, gdy coś nie idzie po jego myśli. Nie mam zamiaru być niańką.  
Nie zapominaj także o tym, jaka jestem. Silna ze mnie babka i niezależna. Nie dam się stłamsić, szantażować emocjonalnie, podporządkować się i uniezależnić. Mam swoje zdanie i nie zawaham się go użyć. Jak mi staniesz na odcisk, potrafię się odpowiednio odwdzięczyć. I nie licz na to, że za wszelką cenę będę chciała zwrócić na siebie twoją uwagę i przypodobać się tobie wszelkimi możliwymi sposobami. Nie ze mną te numery. Nigdy taka nie byłam, a teraz jeszcze mocniej utwierdziłam się w przekonaniu, że dla żadnego mężczyzny nie zmienię ani siebie, ani swoich przekonań.  Ja lubię konkrety. Bez zbędnych ceregieli, "rzygania tęczą" i jakiś zagrywek typowych dla nastolatków. Albo wóz albo przewóz. Szkoda mi czasu na półśrodki, na nagrody pocieszenia. Albo jesteś gotowy zaryzykować i po prostu stać się kimś dla mnie ważnym, albo odpuść sobie już na etapie powstawania planu randki ze mną.
Jak widzisz trudne zadanie przed tobą. Nie ukrywam, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jest ono niewykonalne. Dlatego nie boję się stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w oczy i przyznać się do tego, że będę sama. Ale taka już jestem. Szkoda mi życia na związki "na niby", na zabawę w miłość czy cokolwiek innego. I jeżeli kiedykolwiek, jakkolwiek  i gdziekolwiek przyjdzie ci na myśl zaproszenie mnie na randkę, zastanów się dobrze, nie dwa, ale trzy razy... 

wtorek, 14 lipca 2020

Jak zostałam darmową psychoterapeutką

Ostatnie tygodnie były dla mnie niezwykle intensywne pod względem emocjonalnym. Dałam się świadomie wplątać w dziwną relację polegającą na pasożytniczym potraktowaniu mojego życiowego doświadczenia, umiejętnym zmanipulowaniu i wykorzystaniu moich słabości, w celu poprawiania sobie przez kogoś samooceny i poczucia własnej wartości. Osobnik ten, wykorzystując ogólnie dostępne środki komunikacji, rozpoczął ze mną perfidną grę polegającą na otumanieniu samotnej kobiety, zbajerowaniu pięknymi słówkami i stworzeniu iluzji czegoś na kształt związku, a co tak naprawdę było jedną wielką bujdą, fantasmagorią i kaprysem niedojrzałego i egoistycznie nastawionego do świata dziecka udającego mężczyznę.
A ja, naiwna i głupia dałam się wciągnąć w to wszystko. Poddałam się czarowi słów, chociaż z tylu głowy zaświeciła mi czerwona lampka i oślepiała ostrzegawczym światłem mój rozum.  Ale on nie reagował na alarm. Przynajmniej do pewnego momentu. Dałam się omamić. Zbajerować. Zmanipulować. Dlaczego? Też się zastanawiałam przez jakiś czas. Dlaczego ja, racjonalnie podchodząca do świata kobieta po przejściach, dałam się uwieść pięknym słówkom, wyświechtanym sloganom? Dlaczego pozwoliłam komuś wpakować się w moją poukładaną codzienność i dałam dostęp do swoich uczuć, emocji i pragnień? Dlaczego zagłuszyłam umysł i pozwoliłam na to, aby rządziły mną emocje? Otóż dlatego, że czułam się cholernie samotna. Dlatego, że dawno nie czułam się kobietą. Dlatego, że nikt od dłuższego czasu nie prawił mi komplementów. Dlatego, że chciałam poczuć, że nie jestem sama, że mogę być dla kogoś ważna, że nadal jestem atrakcyjna dla kogoś i mogę się komuś podobać. Tak. Okazało się, że mam takie pragnienia. Zagłuszone przez codzienną monotonię, stłamszone w najgłębszym skrawku serca, ale są. I ktoś w kilka chwil wydobył to wszystko na pierwszy plan, by wykorzystać w sobie tylko znanym celu - mieć darmową psychoterapeutkę, która doradzi, podpowie, pocieszy i będzie pod telefonem 24 godziny na dobę. Zostałam wmanewrowana w coś, co zupełnie mnie nie dotyczyło. Wciągnięta do nie mojej bajki, nie mojej piaskownicy. Ale tak to się kończy, gdy oślepią cię emocje, gdy motyle w brzuchu robią ci sieczkę z mózgu.  Gdy chce się być wspaniałą kobietą, dla kogoś, kto nie widzi niczego poza czubkiem swojego nosa i którego świat kręci się tylko wokół niego. Ale na szczęście z każdym dniem narastał we mnie bunt. Przecież budowanie czegoś nowego nie może opierać się na notorycznym analizowaniu przeszłości. I wtedy doznałam olśnienia jaką pełnię funkcję w tej dziwnej relacji. W sumie nie taką najgorszą - darmowa psychoterapeutka. Ale jakże niewdzięczna to rola. Dajesz swój czas i swoje serce, a w zamian otrzymujesz listę kolejnych problemów do rozwiązania, wątpliwości do rozwiania i oczekiwań do spełnienia. Omamiona obietnicami starałam się być wyrozumiała i cierpliwa. Ale do czasu. Nie lubię, jak ktoś mną pogrywa. Nie lubię jak ktoś mną manipuluje. Nie lubię, jak ktoś robi ze mnie idiotkę. Cóż... znajomość zakończona. Darmowe usługi psychoterapeutyczne również. Koniec. Kropka. Krótka piłka. Było minęło. Nie roztrząsam tej sytuacji. Nie wracam do wspomnień, bo nie ma ani czego ani kogo wspominać. Ale jestem wdzięczna życiu za tę lekcję. Zrozumiałam, że nie mogę tłumić w sobie tego, że oprócz bycia matką jestem także kobietą. Kobietą która nie chce być sama, ale też nie będzie z pierwszym lepszym bajerantem od siedmiu boleści. Znam swoją wartość. Wiem czego chcę, a czego nigdy nie zaakceptuję. Zdałam sobie sprawę z tego, że jednak mam jaja większe i bardziej odporne na ciosy niż większość facetów. A przede wszystkim wróciłam do mojego ulubionego koloru włosów, z którym mi bardziej do twarzy, niż ze smutnym, zimnym brązem. I darmowa psychoterapia przede wszystkim zrobiła dobrze mojej osobie. Wracam do życia. Wracam do siebie. Wracam do takiej Agi, która patrzy na mnie ze zdjęć sprzed kilku lat.

poniedziałek, 4 maja 2020

Wypełnianie pustki, kruszenie kamieni

"Kiedy piszecie, też chcecie uwolnić się od świata, nieprawdaż? Oczywiście, że tak. Podczas pisania tworzycie własne światy. Tak naprawdę mówimy o czymś, co można by nazwać twórczym snem." (Stephen King Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika)
Pisanie zawsze było moją odskocznią. Uwielbiam słowa za ich brzmienie, za sens, który nadają myślom, a przede wszystkim za magiczną moc, dzięki której wracam do tego, co było i jaka byłam ja. Pisanie stało się dla mnie sposobem na zatrzymanie czasu, uchwycenia ulotności chwil, subtelności uczuć i tych momentów, o których, kiedy przeminą, szybko się zapomina. Dlatego pisałam pamiętnik. Począwszy od szóstej klasy szkoły podstawowej, w miarę systematycznie, aż do końca studiów. Potem zdarzało mi się to coraz rzadziej, aż zamilkłam. Nie wiem dlaczego. Może zbyt dużo spraw na głowie i coraz mniej miejsca dla siebie i własnych potrzeb? Może to także wpływ Facebooka i możliwość dzielenia się swoim życiem poprzez zdjęcia i krótkie komunikaty odsunęły gdzieś w cień potrzebę pisania? A może po prostu najzwyklejszy strach? Bo o czym tu pisać, skoro tak trudno pozbierać myśli i być wobec siebie szczerym? Przecież wszystko miało być inaczej.  Jako dorosła Agnieszka jestem zupełnie inna niż ta, którą sobie wymyśliłam będąc nastolatką. Nie zrobiłam kariery naukowej, nie jestem bogata, ale za to wkurzająca i upierdliwa.  Chociaż z jednym wyszło mi lepiej niż się spodziewałam - nadal jestem w miarę szczupła, chociaż zakładałam, że w okolicach czterdziestki będę na nieustannej diecie, walcząc z nadprogramowymi kilogramami. A, i jeszcze wyszłam za mąż, chociaż tego nigdy nie planowałam.
W sobotę wieczorem, tknięta potrzebą przypomnienia sobie moich zmagań maturalnych, wyciągnęłam z pudła pamiętniki i zaczęłam je wertować w poszukiwaniu wpisów z maja 2000 r. Tak się zaczytałam, że przebrnęłam przez kawał mojego przeszłego życia. Po co był mi ten powrót? Karmienie się przeszłością jest podobno domeną starców... Wczytując się w swoje zapiski, wkraczając w tamte chwile młodzieńczych wspomnień, marzeń i przemyśleń chciałam nie tylko,  odtworzyć maturalne koszmary, ale przede wszystkim wrócić do przeszłości sprzed epoki Bartka i odnaleźć znowu siebie taką jaką byłam, zanim zaczęłam naprawdę kopać się z życiem. Przemierzając wzrokiem kartki pamiętnika chciałam przypomnieć sobie o tym, że kiedyś coś mnie wzruszało, pochłaniało, zajmowało i ekscytowało. Jakiej muzyki słuchałam z drżeniem serca, jakie książki czytałam zarywając noce. I jakie kierowały mną emocje. Bo tych ostatnio u mnie brak. Zaległa się we mnie pustka, która sprawia, że nic mnie nie cieszy i nie motywuje. Dni przeciekają mi przez palce. Skupiam się na prozaicznych czynnościach i na przetrwaniu do wieczora, by móc uciec w sen. I kamienieję od środka. Może to jakiś kolejny etap dochodzenia do siebie, ale boję się tego, że całkiem przestanę odczuwać cokolwiek. I będę tak trwać w jakimś letargu, marazmie i bezsilności. A tego nie chcę. Szkoda mi na to czasu. Dlatego, wracając do mojego świata zaklętego na kartach pamiętników, pragnę wypełnić tę pustkę i skruszyć kamienie. Aby znowu chłonąć świat wszystkimi zmysłami, aby poczuć w sobie radość istnienia, żeby po prostu tak naprawdę żyć pełnią życia, a nie tylko bezmyślnie trwać. Powoli odkrywam te elementy, które kiedyś składały się na moją wrażliwość i postrzeganie świata, a o których jakoś zapomniałam w tej dorosłości. Chcę wrócić do siebie. Znowu budzić się z nadzieją na dobry dzień i cieszyć się nim. Tak zwyczajnie. Czynię to metodą małych kroczków - słuchając utworów kiedyś tak dla mnie ważnych (np. "Dwa proste słowa" zespołu De Mono, "Trudno nie wierzyć w nic" i "Jutro możemy byś szczęśliwi" Raz Dwa Trzy, "Nastroje Jarosława Wasika, Wymyśliłem ciebie" w wykonaniu Grzegorza Markowskiego i Miki Urbaniak, "Qui sait" Solidays itd.), czytając wiersze ks. Jana Twardowskiego, Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, Rafała Wojaczka, Agnieszki Osieckiej czy Romana Śliwonika. Próbuję ponownie zachwycić się pięknem ich brzmienia, odszukać sens i odnieść go znów do siebie. Mam nadzieję, że podziała. I wróciłam do pisania pamiętnika. Aby zdać relację z powrotu do swojego świata, z budzenia się do życia, z oswajania i poznawania siebie na nowo. Wracam do tworzenia świata, w którym nie będę bała się czuć.


czwartek, 16 kwietnia 2020

Priorytety


W dziwnych czasach przyszło nam żyć. Każdy to widzi, odczuwa i przeżywa na swój sposób. Spadło na nas coś, czego do tej pory doświadczały pokolenia w zamierzchłej przeszłości. Pandemie. Epidemie. Pomór. Wydawało się nam, że jesteśmy tacy wspaniali, wielcy i doskonali. Egzystowaliśmy w złudnym poczuciu, że jesteśmy panami świata, że podporządkowaliśmy sobie przyrodę, naukę i wszystko inne, a w naszych rękach i umysłach jest moc, która daje nam prawo myśleć, że na wszystko znajdziemy lekarstwo, odpowiedź, receptę i wytłumaczenie. Aż nadszedł wspaniały rok 2020 i cała wizja naszej wspaniałości prysła jak bańka mydlana. Zmieniło się wszystko. A my stoimy bezradni wobec czegoś, co zbiera swoje żniwo bez względu na wszystko. 
 I kiedy tak wyglądam przez okno, gdzieś z tyłu mojej głowy kiełkuje jakaś apokaliptyczna myśl, że to jest koniec. Koniec rzeczywistości, w której żyliśmy. Koniec nas, takich jakimi byliśmy. Chciałabym, aby ten trudny czas nauczył nas czegoś dobrego, żeby wyzwolił w nas nową energię, która będzie skierowana, nie na zdobywanie kolejnych przywilejów i zaszczytów, ale na zwykłego, prostego człowieka, który jest obok. I tak po prostu, w końcu, nauczymy się być dla siebie ludzcy, bo jak wiemy, wilkiem być o wiele łatwiej.
Więcej wyrozumiałości, cierpliwości i ciepła.
Mniej arogancji, pychy i buty.
Takie konkluzje mi się nasuwają po kilku tygodniach tego zmasowanego ataku wirusa i związanych z nim skutków. 
Sytuacja, w jakiej jesteśmy to sprawdzian. Nie tylko pod względem gospodarczym, ekonomicznym i politycznym. To przede wszystkim sprawdzian z człowieczeństwa. I z tego, czy potrafimy wyciągać wnioski, doceniać życie i możliwości, które nam daje. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas straciło źródło utrzymania, możliwości zapewnienia bytu rodzinie i życia na poziomie, do którego dochodziło się przez wiele lat. Trudno w takim momencie szukać pozytywnych stron i zachować spokój. Mogę tylko mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a ci, którzy dzisiaj nie mają pojęcia jak dalej żyć, dostaną pomocną dłoń, która pozwoli im stanąć na nogi.
Ja mam pracę. Jeszcze. Przez ten miesiąc pracuję na pół etatu. Z własnej woli i w wyniku sytuacji, w której znalazłam się jako samotny rodzic z dzieckiem powyżej ósmego roku życia. Dobrośka ma 11 lat, więc, niestety nie przysługuje mi zasiłek opiekuńczy z tytułu zamknięcia szkoły. Po ogłoszeniu zdalnego nauczania, chodziłam do pracy na standardowe 8 godzin. Ale nie ukrywam, pozostawianie dziecka w tym wieku, samej przez taki długi okres czasu, wpędzało mnie w wyrzuty sumienia. Widziałam, że córka jakoś sobie radzi z ogarnianiem zajęć, ale emocjonalnie nie do końca służyła jej samotność. Dlatego zdecydowałam się na taki krok. I może ktoś się złościć, patrzeć na mnie krzywo i myśleć, że jestem egoistką, której nie zależy na pracy. Nie. To nie tak. Tylko są rzeczy ważne i ważniejsze. A dziecko jest dla mnie priorytetem.  A po ostatnich doświadczeniach w naszym życiu, byłabym ostatnią idiotką, pozostawiając moje dziecko samo w czterech ścianach. Jasne, że mogłabym jej wyznaczyć listę zadań i rzeczy do wykonania podczas mojej nieobecności i tak zapełnić czas, aby nie zdążyła się znudzić i odczuć, że jako towarzyszy ma tylko swoje odbicie w lustrze i przesypiającą cały dzień suczkę. Mogłabym zignorować jej potrzeby oraz uczucia i nie robić szopki. W końcu nie tylko ja zostawiam dziecko samo w domu. Ale nie jestem taka. Muszę pogodzić kilka ról, odnaleźć złoty środek w tym całym szaleństwie i ustalić nowy porządek (nie wiem już który raz to robię, ale widocznie taki już jest sens mojego życia). Z całego serca wolałabym, żeby było inaczej - żeby był Bartek, żebym nie musiała martwić się o to, że Dobrośka jest sama w domu, że jest ktoś obok niej, że ja mam kogoś, kto chociaż w części weźmie odpowiedzialność za ogarnianie codziennych spraw na swoje barki. Ale tak nie jest i nie będzie. Dlatego musiałam ustalić priorytety. A najważniejszym z nich jest moja córka czy się to komuś podoba czy nie.
I pozostaje mi tylko mieć nadzieję i wiarę w to, że jakoś przetrwamy to wszystko. I będziemy mieć możliwość otworzenia szeroko drzwi na świat, który zmieni się na lepsze, bo będą w nim lepsze wersje nas.






niedziela, 9 lutego 2020

Przewrotność losu

Kiedy byłam młoda i piękna, a było to jakieś 20 lat temu, myślałam, że nie ma nic lepszego niż poświęcić się karierze naukowej, a jeżeli już dane mi będzie założyć z kimś rodzinę, to zrobię to z mężczyzną, który wszystko zaplanuje, zorganizuje i będzie stał na straży bezpieczeństwa i dobrobytu tej najmniejszej komórki społecznej. O jakże wielką naiwnością się wykazałam w moim poprzednim wcieleniu! Jaką głupotą życiową byłam przepełniona i jakże niedojrzałym podejściem do realiów życiowych się kierowałam! Na szczęście jakiś palec boży wskazał mi inną drogę życiową i postawił na mojej drodze człowieka, który nauczył mnie niezależności, samodzielności i radzenia sobie ze wszystkim. Często psioczyłam w duchu na to, że muszę być "herszt-babiszonem" trzymającym w ryzach wszystkie codzienne sprawy, obowiązki i powinności, że nie mogę sobie pozwolić na beztroską egzystencję typu "leżę i pachnę", że muszę kopać się z życiem i brać się z nim za bary każdego dnia. Był to dla mnie szok powodujący pewien dysonans pomiędzy moimi młodzieńczymi wyobrażeniami o mojej roli w dorosłym życiu, a realiami, z którymi trzeba było się zmierzyć natychmiast i bez zbędnych sentymentów. Ale wszystko dzieje się po coś. Na ogół ta prawda dociera do nas z pewnym opóźnieniem, bo nie od razu życie odkrywa swoje karty, nie od razu ujawnia swoje plany i niespodzianki.
Tak też było ze mną. Gdyby nie trudna i wymagająca lekcja "życiowej poradności", którą przerabiałam przez ostatnich kilka, albo nawet kilkanaście lat, teraz byłoby mi bardzo trudno odnaleźć się w nowym porządku, który zapanował w dniu, w którym zostałam wdową. Nie mówię tu o psychofizycznych i emocjonalnych zawirowaniach, ale o zwyczajnym ogarnianiu codziennych spraw. Mogłam uwiesić się na pomocnych ramionach rodzeństwa, przyjaciół i znajomych i na nich zrzucić wszystko to, z czym wolałam sobie nie radzić. Mogłam schować się pod kołdrą i udawać, że świata wokół nie ma. Mogłam snuć się po mieszkaniu w powyciąganym dresie, z kubkiem kawy, albo jakiegoś mocniejszego trunku i zobojętnieć na mijający czas, na ludzi, na córkę... Mogłam się poddać i stwierdzić, że nic nie ma już sensu. Mogłam. Ale nie po to zostałam zahartowana przez te wszystkie poprzednie lata zmagania się z chorobą Bartka i trudną codziennością, żeby poddać się na starcie.  Dlatego, kiedy opadły emocje, kiedy powróciłam do codziennego rytmu spraw i obowiązków, znowu wzięłam się do mocowania z życiem. I nie chodzi tu o teoretyczne roztrząsanie zawiłości ludzkiego bytu, ale o zwyczajne, przyziemne spawy jak skręcenie łóżka córce, czy krzeseł do kuchni (walczyłam z nimi dwie godziny, bo rozstaw otworów i odpowiednich wkrętów muszą się jednak zgadzać, żeby zachować stabilność takiego mebla jak krzesło). Ale dałam radę. Wynieść stare meble do piwnicy także dałam radę. I inne rzeczy, które wydawało mi się w zamierzchłych czasach tylko męską domeną, też zrobię. Jedyne czego się nie tknę to zepsute gniazdko elektryczne. Znam siebie i wiem, że ingerowanie w to ustrojstwo mogłoby być opłakane w skutkach dla całego bloku, w którym mieszkam. I staram się ze wszystkich sił, żeby być samodzielna, niezależna i samowystarczalna. Muszę jeszcze oswoić się z prowadzeniem samochodu, bo prawo jazdy leży i się kurzy, a ja nie mogę się odważyć i ruszyć przed siebie na czterech kołach. Ale wszystko przede mną. Przewrotny los nauczył mnie, że wszystko jest po coś, a wszystkie wyobrażenia o swoim życiu i przyszłości można sobie wsadzić w cztery litery, bo jakbyśmy się nie spinali i starali, rzeczywistość i tak nas zaskoczy. A z naszych zdziwionych min, los będzie zaśmiewał się do rozpuku.      

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Wyjście ze zgiełku

Czas biegnie tak szybko. Nowy rok zaskoczył mnie swoją wizytą. Zmiana kalendarzy i daty z jednej strony stała się nieunikniona, ale z drugiej wcale tego nie oczekiwałam z drżeniem serca czy podekscytowaniem. Nie obiecuję sobie niczego. Nie mam postanowień, nie planuję rewolucji w moim życiu, bo tych było w ostatnim czasie dosyć dużo. Nie oczekuję cudów i wzlotów. Raczej przygotowuję się na upadki, ciosy i rozczarowania. Inaczej niż zwykle. Wcześniej nadejście nowego roku witałam z nadzieją i wiarą w to, że będzie lepiej, prościej i bardziej sprawiedliwie. Teraz wolę podejść do tematu racjonalnie z lekką nutą sceptycyzmu i pesymizmu. Albo się pozytywnie rozczaruję, albo nic mnie nie zaskoczy. Dosyć mam tych niespodzianek, zaskoczeń, zdziwień i zaszokowań. Wolę spokój. Chcę się zatopić w cichym nurcie codzienności i żyć nowym porządkiem. Bez zachwytów nad ulotnością dnia, bez żalu nad przemijalnością ludzi, chwil i zdarzeń. Bez gwałtownych wzlotów i bolesnych upadków. Potrzebuję chwil, w których będę miała poczucie, że to wszystko dalej ma swój sens i logikę. 
Jedyne nad czym muszę popracować w najbliższym czasie to pozbycie się strachu przed pisaniem. Bo bardzo się boję  pisać. Tego, że ciągle będę wracać do wspomnień o Bartku, że wciąż będę wałkować temat smutku i żalu, że będę przynudzać o życiu bez niego. A nie chcę obracać się w kręgu śmierci. Moje życie toczy się dalej. Zmieniłam się, spoważniałam i wyciszyłam. Nie bawią mnie głupie żarty, szkoda mi czasu na puste rozmowy o niczym, zrobiłam selekcję kontaktów i skupiam się na tych dla mnie najbardziej wartościowych. Przystałam planować daleką przyszłość, a raczej skupiam się na teraźniejszości. To, co ma przynieść życie jest i tak nieuniknione. I nauczyłam się pokory. Do świata, ludzi i swoich ambicji. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Walczyć z wiatrakami też mi się już nie chce i szkoda na to mojego cennego czasu. Być i trwać. Robić, to co kocham i wkładać w to serducho. Takie mam motto na najbliższy czas. A inni niech biorą udział w tym głupim wyścigu. Ja pasuję. Pójdę sobie spokojnie, spacerkiem... Pokontempluję skrawki rzeczywistości, poukładam z nich swoją codzienność i z czystą satysfakcją będę patrzeć jak dorasta moja córka, jak zmienia się w mądrą i wrażliwą kobietę. Będę cieszyć się z tego, co mam, kogo mam obok i dla kogo jestem ważna. Taki mam plan. Ale zanim to nastąpi chciałabym podzielić się kilkoma wierszami, które  musiały powstać. Stanowią one dla mnie zakończenie pewnego etapu, podsumowanie okresu żałoby, który się jeszcze dla mnie nie skończył, ale który zmienił swój wymiar i sens. 


***
Rzeczy, które miały być na chwilę,
świadczą o nieuniknionym przemijaniu.
Z kubka miałeś pić kawę
każdego ranka,
a kapciami wyznaczać rytm dnia i nocy.
I stoją bezczynne i niepotrzebne nikomu,
zapomniane przez czas...
Czekają,
bez sprzeciwu,
cierpliwie
na swój kres.
I trwają - 
niby takie kruche -
a dłużej niż ty.



***
Nie zdążyłam
zaparzyć Ci popołudniową kawę,
zatrzymać się na moment
i rzucić wszystko, 
by zamknąć cię w ramionach
na tę jedną chwilę,
która mogła odgonić demony.

Nie zdążyłam
dostrzec w tobie tego,
co było na początku,
tego, co pozwoliło nam trwać,
bo oślepił mnie koniec.

Nie zdążyłam 
przybiec do ciebie,
chwycić za dłoń
i zawrócić z drogi ku przepaści.

Nie zdążyłam się nawet pożegnać...
tak cicho odszedłeś, 
że nie usłyszałam
jak woła cię cisza,
jak pochłania cię cień
jak zamyka cię w sobie czas,
którego nikt nie cofnie, 
ani nie zatrzyma.


***
Łzy wyznaczają nową linię życia,
wsiąkają w duszę i napełniają ją tęsknotą.
To nie prawda,
że ból można wypłakać, wykrzyczeć.
To nie prawda, że czas leczy rany.
I nie jest prawdą,
że wszystko się ułoży.
Bo porządek tego świata
został zburzony,
zgubiono kawałek układanki,
wyrwano ostatnią stronę powieści.
A wybrakowana rzeczywistość
za nic nie chce dopasować się 
do starych reguł gry.
Łzy wyznaczają nową linię życia
zwaną tęsknotą.


***
Mieliśmy się zestarzeć we dwoje,
siadać w kuchni i naśmiewać się ze swoich zmarszczek.
Mieliśmy chodzić do parku
i trzymając się za ręce narzekać na reumatyzm.

A zanim zastarzelibyśmy się już całkiem
mieliśmy pojechać jeszcze na koncert,
chodzić częściej do kina
i wydać córkę za mąż...

Mieliśmy być razem
póki śmierć nas nie rozłączy...
Tylko dlaczego nikt nas nie uprzedził,
że rozłączy nas tak szybko?          

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...