środa, 31 sierpnia 2016

Bo to taka silna kobieta jest...

Mocowanie się z życiem wychodzi jej perfekcyjnie. Każda jej rola, począwszy od matki, żony, przyjaciółki, siostry czy pracownicy zasługuje na Oskara. Życiowe zakręty pokonuje niczym Kubica, a kiedy się rozpędzi w ogarnianiu swoich, i nie tylko swoich, spraw, nikt i nic nie jest w stanie jej zatrzymać. W jednej chwili potrafi zapanować nad chaosem w mieszkaniu, przyrządzić obiad, odebrać kilka telefonów, pomóc dziecku w zadaniu, znaleźć klucz francuski, a przy tym jest uśmiechnięta i kobieca. Nie pozwala sobie na to, by w jej, ciągle zajętej, głowie zagnieździły się jakieś złe myśli, zwątpienie, czy uczucie zniechęcenia. A jeszcze do tego potrafi cieszyć się z małych rzeczy, doceniać to, co dało jej życie i zarażać optymizmem. No po prostu superwomen, chodzący perfekcjonizm... Jednym słowem, mamy przed sobą silną kobietę. Otoczenie zachwyca się jej zaradnością, umiejętnościami. Goście chwalą porządek w mieszkaniu i zastanawiają się w jaki sposób można pogodzić pracę, dom, dziecko, swoje pasje w taki sposób, nikt nie ucierpiał. A ona? Ma satysfakcję, dostaje skrzydeł i jeszcze mocniej eksponuje swoją siłę. "Jestem niezależna, samodzielna, mam zadbany dom, szczęśliwe dziecko, no i jeszcze męża"- myśli sobie zasypiając, po kolejnym zapracowanym dniu. I tak mija dzień za dniem. Zachwyt otoczenia znika, wszyscy przyzwyczajają się do tego, że mają w swoim otoczeniu kobietę doskonale odnajdującą się w meandrach rzeczywistości, umiejącą zachować równowagę w rozchwianej codzienności i panującej nad każdym aspektem swojego życia. Jej siła nie jest niczym nadzwyczajnym. Każdy przywykł do myśli, że kto jak kto, ale ona zawsze sobie poradzi. Tylko, że z czasem, silna kobieta, zaczyna odczuwać pewien dyskomfort. Samodzielne podejmowanie decyzji w imieniu innych i podnoszenie ich konsekwencji nie jest już takie zabawne, ciężar utrzymania rodziny coraz bardziej ciąży, a złudne poczucie niezależności ulatnia się z każdym wysprzątanym kątem, umytym talerzem i wyprasowanym ubraniem. Dyskomfort ten można zagłuszyć, można udawać, że wszystko jest w porządku, że to normalne. Silnej kobiecie nie przystoi marudzić, narzekać i użalać się nad sobą. Tylko, że pewnego dnia ta kobieta będzie miała dosyć. To "perpetuum mobile" , które widziało w niej otoczenie, zaczyna się psuć. Obowiązki, które do tej pory wykonywała z pewną dozą polotu i radości, stają się przykrym jarzmem, uwierającym z każdym dniem coraz bardziej.  Z zazdrością spogląda na kobiety, które albo nie muszą pracować, bo mają od tego swoich mężów, albo pracują dla własnej satysfakcji, nie musząc całego swojego wynagrodzenia przeznaczać na rachunki i wyżywienie. Potem taka silna kobieta staje się coraz bardziej sfrustrowana, wycofana i jakaś taka osowiała i "przywiędła". Irytuje ją wszystko i wszyscy. Drażni najdrobniejszy pyłek kurzu, wielkość sypialni, w której nie może ustawić łóżka w taki sposób w jaki sobie wymyśliła, a przede wszystkim ma dość najbliższych, którzy nie dostrzegają tego, że nie radzi sobie z sobą i całym bagażem obowiązków i powinności ( które wzięła sobie na bary dobrowolnie, ale to nie znaczy, że z własnej i nieprzymuszonej woli) i którym przez myśl nawet nigdy nie przyszło zapytać czy sobie radzi. Coraz częściej płacze, gdzieś w ukryciu, podczas szorowania podłogi, albo mycia sedesu. I przychodzi taki piękny dzień, że niczego nie spodziewające się otoczenie dostaje obuchem w głowę, bo oto ta niezłomna kobieta się łamie. Ucieka w siną dal, zostawiając swoje dotychczasowe życie, porzucając mit "siłaczki". Albo rozpętuje huragan, po którym sprzątać muszą wszyscy. Albo rozwala całe swoje dotychczasowe życie w gruz i pył, siada na tych gruzach i czeka, aż ktoś w końcu jej pomoże. Albo też zwyczajnie przeprowadza z najbliższymi jej osobami szczerą rozmowę, ukazując swoją słabość, niedoskonałość i zmęczenie. Tylko czy to może przynieść jakieś pozytywne zmiany? Może na chwilę...  w końcu i tak wszyscy stwierdzą, że to tylko chwilowy kryzys, bo przecież to taka silna kobieta jest. 

wtorek, 23 sierpnia 2016

Egoistka

Mam jedno dziecko. Wyczekane, wytęsknione, a przede wszystkim zaplanowane. Biorąc pod uwagę fakt, że będąc w tzw. kwiecie wieku, nie zakładałam nawet potencjalnej możliwości bycia matką, uważam, że jest to sukces. Na pytania rodziny i znajomych, kiedy będzie druga pociecha, odpowiadam, że nie będzie. Uwielbiam wtedy patrzeć na te zdziwione miny, na tę dezaprobatę, kręcenie głowami z politowaniem i niedowierzaniem. Słyszę za plecami głosy, że unieszczęśliwiamy Dobruśkę, bo bycie jedynaczką to największa tragedia, jaka może spotkać dziecko, że wychowujemy ją na egoistkę, samolubną istotę nie potrafiącą dzielić się z innymi, że nie myślimy o tym, że jak zabraknie mnie i męża, będzie skazana na samotność... Może trochę uogólniam i myślę stereotypami, ale sens rad wszystkich "życzliwych " do tego się właśnie sprowadza. Jeśli chodzi o wychowanie jedynaczki - nie chowamy jej pod kloszem, uczymy empatii, tego, by dzielić się z innymi. Dobruśka nigdy nie wykorzystywała tego, że jest jedynym dzieckiem, i że z tego tytułu wszystko jej się należy. Uczymy ją szacunku do innych, tolerancji i wpajamy, że każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje. Nie chronimy jej przed rozczarowaniami, ale staramy się zbudować w niej pewność, że ma wokół siebie ludzi, którzy zawsze jej pomogą, nie tylko nas, rodziców, ale także dziadków, ciocie i wujków. Był taki moment, że wypominała nam brak rodzeństwa, że męczyła nas pytaniem dlaczego? Odpowiadałam, że jak przyjdzie odpowiedni moment, to może się pojawi jakiś braciszek albo siostrzyczka. Ale się nie pojawi. Ja to wiem i nie zmieniam zdania. Mój mąż, na szczęście, myśli podobnie, a Dobruśce przeszła ochota na posiadanie rodzeństwa. Jestem egoistką, zdaję sobie doskonale z tego sprawę. Mam odchowane dziecko, które za kilka lat wyfrunie z domu, a ja... cóż zostanę ze swoimi pasjami, planami i swoim życiem. Nie mam w sobie potrzeby posiadania kolejnego dziecka, nie tęsknię za byciem w błogosławionym stanie, za porodem (za tym żadna kobieta nie tęskni), za "dochodzeniem" do siebie po ciąży, odnajdywaniem siebie pomiędzy pieluchami, kaszkami, kąpielami, ząbkowaniem i nieprzespanymi nocami. Zakosztowałam tej przyjemności, urodziłam, wychowuję i wystarczy. Nie chcę powtórki z rozrywki, bo nie mam w sobie potrzeby realizowania siebie jako matka kolejnego potomka. Koniec i kropka. Oczywiście, cieszę się z tego, że moje znajome powiększają swoje rodziny. Widzę to szczęście w ich oczach i jestem szczęśliwa razem z nimi. Ale mam też świadomość, że ja już tego nie potrzebuję. Ktoś pewnie stwierdzi, że jestem wygodna, że idę na łatwiznę. Ma prawo, a ja się z tym zgodzę. Ale pragnę podkreślić, że to moje życie, a decydując się na urodzenie jednego dziecka nikomu (a przede wszystkim zainteresowanym moim życiem) nie obiecywałam, że będą następne. Każda z kobiet ma prawo do tego, żeby żyć po swojemu, realizować się w tym życiu na różnych polach i w różnych rolach. Moją rolą, na pewno, nie jest bycie matką gromadki dzieci, a realizować siebie mogę poprzez pracę i robienie tych wszystkich rzeczy, które dają mi radość i spełnienie. Rzeczy, które sprawiają, że moja jedyna córka ma przy sobie szczęśliwą matkę, i w dodatku, egoistkę.

sobota, 20 sierpnia 2016

Sanok - moje miejsce na ziemi

Dzisiaj pragnę podzielić się zdjęciami z miejsca, które mogę śmiało, z ręką na sercu, nazwać moim miejscem na ziemi, moim punktem na mapie świata, w którym znalazłam swoje szczęście, miłość i azyl. Korzystając z wolnego popołudnia, cudownej pogody i chwili samotności, wybrałam się na małą wycieczkę, by uchwycić jego niezwykłość, spróbować oddać czar i urok miejsc, którymi mogę cieszyć się codziennie.















czwartek, 18 sierpnia 2016

Ciemniejsza strona mnie

Dzisiaj będzie mroczniej, ciemniej, bardziej pesymistycznie... Nie dlatego, że coś mi leży na sercu, uwiera duszę czy mąci spokój. Pragnę tylko podzielić się tą moją ciemniejszą stroną z tymi, którzy od czasu do czasu  zaglądają do mojego świata...

Cierpliwość
Bezmiar czekania
zmieszczę w mym sercu,
bo pojemne jest
i przyzwyczajone do tego,
że całą miłość w nim
coś innego zawsze zastępuje.


Pajęczyna
Utkałam pajęczynę samotności.
Misternie utkałam,
jakbym bawiła się
w bycie z tobą
w bycie bez ciebie...
Wcale tego nie chciałam,
lecz twych kroków cisza,
twego głosu milczenie,
twoich dłoni niematerialność
twoich oczu niewidzialność,
twoich ust "bezsmak"
to zbyt wiele ...
nawet jak dla mnie.



Od czekającej
Teraz, gdy milczysz
mój świat rozpierzchł się w niebycie,
Ja - posąg tęsknoty i niepokoju,
Oczy moje wypatrują cienia twych stóp
Kroczących zza linii horyzontu.
Muszę trwać w niecierpliwości uczuć,
Drżąc w środku głuchym łkaniem
Kropel sączącej się miłości.



***
Ty wciąż milczysz...
A we mnie rodzi się ciemność,
W głuchym milczeniu niknie głos,
Ciepła nie zaznaje żaden sen
I niebo z hukiem spada pod stopy.
Ty wciąż milczysz...
A marzenia topią się w codzienności,
Każdy dzień odbija się echem pocałunku,
Każda noc łez bezsennością
i chłodu rozkoszą  Cię oddala.
Ty wciąż milczysz...
I każesz czekać,
bo cierpliwość
jest cnotą...
zapominając,
że obojętność
każe grzeszyć...



***
Mrok wychodzi ze mnie  nocą,
Rozkłada moją siłę na łopatki,
Rozdziera serce ostrzem tęsknoty,
Zaciemnia jasność myśli,
Ogłusza bezdechem snów niewyśnionych.
Mrok wychodzi ze mnie nocą...
Straszy echem słów niewypowiedzianych,
Mrok wychodzi ze mnie nocą,
A wraz z nim Ty...






sobota, 13 sierpnia 2016

I po co mi to było?

04.08.2007 r. Sobota. Pogoda: burzowo, szaro, intensywne opady, temperatura powietrza w okolicach 25 stopni. Urodziny: mój brat Tomasz. Ważna data: dzień ślubu. Mojego. Nigdy nie wymarzonego, nie wyśnionego i nie zaplanowanego z najdrobniejszymi szczegółami kilkanaście lat wcześniej. Ślubu, który nie był dla mnie spełnieniem marzeń o założeniu pięknej białej sukni, ani o przemarszu przez środek kościoła wzbudzając ochy i achy rodziny. To był dzień ślubu zwyczajnego, prostego, będącego kolejnym etapem związku z mężczyzną, który posiadał najmniej wad spośród innych facetów, i który, po trzeciej randce stwierdził, że prędzej czy później, zostanę jego żoną. Zostałam i jestem już od dziewięciu lat. Może to nie dużo, biorąc pod uwagę pary, które są ze sobą od pół wieku. Dla mnie to jednak kawał czasu, chociażby z tego względu, że nigdy nie brałam pod uwagę takiego scenariusza i nigdy nie stawiałam sobie za cel "złapania" męża. Samo tak wyszło. Bez ceregieli, bez szopek, bez ogólnego napompowania i rozdmuchiwania. Może tylko zaręczyny były szokiem dla moich rodziców. Ale cóż...życie lubi zaskakiwać. A czy mnie coś zaskoczyło z związku ze zmianą stanu cywilnego? Pytanie może wydać się naiwne i głupie, bo jakże to?!! Zmienia się wszystko, musisz myśleć nie tylko o sobie, nie możesz samodzielnie podejmować decyzji, jesteś odpowiedzialna za drugą osobę... A jak pojawi się dziecko to już w ogóle świat się zmienia... (a Ciebie w tym nie ma - chciałoby się dodać, ale o tym dyplomatycznie wszyscy milczą).  No tak... zmieniłam nazwisko na inny zestaw liter, bo ilość ta sama), noszę dodatkową ozdobę na palcu, otoczenie zwraca się do mnie przez per pani i na każdą imprezę rodzinną mam zakontraktowaną osobę towarzyszącą. A poza tym? Nie przeżyłam jakiegoś poślubnego szoku w postaci nagłego ujawnienia się negatywnych zwyczajów mojego świeżo poślubionego małżonka, nie dostałam obuchem w głowę, bo nagle się okazało, że moje wyobrażenia o wspólnym życiu były wysoce wyidealizowane. Dlaczego? Po pierwsze, mieliśmy okazję mieszkać ze sobą przed ślubem. Były to wprawdzie tylko trzy miesiące, ale przebywaliśmy ze sobą 24h/dobę. Pracowaliśmy razem, mało tego, obok siebie, mieszkaliśmy razem i mieliśmy okazję pokazać się sobie ze swej zwykłej, codziennej strony, pozbawionej odświętnych gestów, wyniosłości czy romantycznych uniesień. Podczas tego pobytu byliśmy zdani tylko na siebie, bo pracowaliśmy w Żilinie na Słowacji i w razie kryzysu nie mieliśmy możliwości ucieczki pod skrzydła rodziców. Dzięki temu zaprzyjaźniliśmy się, staliśmy się dla siebie wsparciem, a przede wszystkim udowodniliśmy sobie, że możemy na siebie liczyć. Po drugie, mój brak zaszokowania zmianą stanu cywilnego wynikał z braku wyobrażeń na temat: jak to będzie wszystko wyglądało, po tym całym ślubno-weselnym galimatiasie? Na pewno nie zakładałam, że mój małżonek będzie mi przynosił co rano śniadanie do łóżka, obsypywał prezentami, kwiatami i nie wiadomo jeszcze czym. Nie oczekiwałam, że będzie romantycznie, cukierkowo i sielankowo. Ale nie "nakręcałam się" także na to, że teraz to już tylko spokój, nuda i stopniowe działanie sobie na nerwy. Byłam tylko ciekawa, co będzie dalej, jak długo potoczy się ta nasza wspólna przygoda? Nie będę ukrywać, że łatwo nie było i nie jest, że wiele już razy miałam ochotę zdzielić po głowie tego mojego lubego tłuczkiem do mięsa, albo innym ustrojstwem, które wpadłoby mi akurat w ręce, że są chwile, w których wolałabym być sama. Ale wiem też, że bez niego, jego śmiechu, poczucia humoru, bez rozmów o książkach, muzyce, nie byłabym taka, jak jestem teraz - bardziej pewna siebie, bardziej poukładana, a przede wszystkim silniejsza. Te nasze wspólne 9 lat małżeństwa, pokazało mi, że ślub ślubem, wesele weselem, ale tego, co potem nie da się zaplanować, wyreżyserować, ułożyć w listę zadań, życzeń czy cokolwiek innego. Trzeba przygotować się na ostrą jazdę bez trzymanki, nawet jeśli wydawało się, że wszystko jest jasne i klarowne.  Trzeba się przygotować na to, że pewnego dnia ta przygoda może się znudzić, że zatęskni się za swobodą i brakiem zobowiązań. To wszystko może się przytrafić, ale przypominam sobie wtedy dlaczego, tego dnia powiedziałam "tak".  A nie zrobiłam tego z chęci przystrojenia się w welon i suknię, bo z romantycznych bajek wyrosłam, ale dlatego, żeby z mężczyzną, który zaakceptował wiele moich wad, naturę samotnika, trudny i porywczy charakter,  przeżyć najlepszą i jednocześnie najtrudniejszą przygodę życia. A odpowiadając na pytanie - "po co mi to było?"- a chociażby po to, aby dobrze się pobawić na jakimś weselichu... hihihi

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...