piątek, 30 października 2015

Iskierki

Zbliżające się święto, przypadające 1 listopada, jak co roku, wprawia mnie w melancholijno- wspomnieniowy nastrój.  Siedząc w ciepłym pokoju, z kubkiem herbaty, wsłuchuję się w tykanie wskazówek zegara i utwory Enigmy, a moje myśli krążą wokół moich najbliższych, którzy odeszli, mam nadzieję, do lepszego świata. Przywołuję w pamięci tych wszystkich, którzy swoją obecnością zaznaczyli się w  moim życiu, niosąc radość, ucząc tego, że nawet najmniejsze gesty, proste uczynki i dobre słowa są wstanie rozpromienić szary dzień. Taką osobą była moja babcia, która swoim spokojem potrafiła opanować rodzinne burze. To ona musiała zmagać się codziennie z rozplątywaniem moich długich loków i ujarzmianiem ich przed wyjściem do szkoły. Tylko ona potrafiła upiec cudownie pachnący chleb, którego smaku nie zapomnę do końca mojego życia. To właśnie babcia ratowała mój honor w szkole, kiedy musiałam wykonać szalik lub inne dziwactwa na drutach. Pomimo wielu posiadanych talentów, ten został mi poskąpiony zupełnie, a dzięki babci i jej pomocy jakoś przetrwałam zajęcia ZPT ( pokolenie '80 wie, co to za skrót) .
Do takich osób należał także mój wujek, który razem z ciocią, zabierał mnie,  małą dziewczynkę, ledwie umiejącą dreptać na własnych nóżkach, na wycieczki samochodem. Mimo choroby lokomocyjnej, ujawniającej się  zwłaszcza na trasie Sanok - Tyrawa Wołoska i wielu postojów powodowanych tą moją przypadłością, cierpliwie to znosił , a przede wszystkim, nigdy nie powstrzymywało go to przed kolejnymi wyprawami ze mną.
Takich osób było wiele... Każda z nich wniosła w moje życie iskierki radości, czystej dobroci, troski i miłości. Ale w tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o tych, którzy są ze mną nadal i swoją obecnością uczą ciągle czegoś nowego, potrafią dodać skrzydeł, natchnąć, albo zwyczajnie uszczęśliwić.
O tych, którzy wytrzymują ze mną na co dzień, a na moje wynurzenia nie odpowiadają jakimiś sloganami i dyrdymałami, tylko rzeczowo, niejednokrotnie dowcipnie i inteligentnie stawiają mnie do pionu. O tych, dzięki którym wróciłam do pisania, bo swoją obecnością na nowo obudzili  we mnie wrażliwość i umiejętność malowania uczuć za pomocą słów. A także o tych, którzy patrząc na mnie z boku, dostrzegają we mnie to, o istnieniu czego dawno już zapomniałam, przypominając jednocześnie o tym, że pod  skorupą twardej, zimnej i nieprzystępnej baby, skrywa się delikatna i wrażliwa kobieta .
Te osoby są dla mnie jak iskierki, których obecność jest niezbędna, by dodać mojemu życiu blasku i uroku, by w codziennej gonitwie, pośpiechu, powierzchowności i grze pozorów, móc odnaleźć prawdziwą siebie. I dlatego pragnę im w tym miejscu podziękować za to, że są ze mną, obok mnie, albo, że przyznają się do znajomości z taką jedną blondynką, która czasem ma swoje wizje świata i niewyparzoną "gębę" , ale która potrafi docenić  ich obecność i być wdzięczna za każdą wspólną chwilę.

P.S. Są jeszcze takie osoby, dzięki którym mam tzw. "twardą dupę" , ale to są raczej gromy z jasnego nieba, a nie iskierki, i o nich napiszę w mniej nastrojowym czasie.

piątek, 23 października 2015

"Szkoda, że w życiu nie ma takich przycisków jak: przewiń, cofnij, zatrzymaj "

Miało być o babskich wieczorach, o chwilowej beztrosce, filtrowaniu z przypadkowymi kolesiami przy barze, o uwalnianiu seksapilu i subtelnym uwodzeniu przypadkowo napotkanych mężczyzn, o promilach dodających odwagi i wydobywających szczerość, o wracaniu nad ranem do domu wywijając trzymanymi w dłoni szpilkami ... Miało być, ale nie dzisiaj, może kiedyś. Przy bardziej  optymistycznej aurze, po kolejnym babskim, całonocnym wypadzie .
Dzisiaj, zainspirowana, dotknięta, a wręcz porażona treścią  wpisu na Facebooku, którym zatytułowałam dzisiejsze moje wynurzenia,  porzuciłam temat lekki i przyjemny na rzecz rozmyślań troszkę cięższego kalibru, a mianowicie o tym, które z chwil w moim życiu mogłyby trwać wiecznie.
Patrząc wstecz, stwierdzam ze zdziwieniem, że momenty, które kiedyś wydawały mi się jakieś szczególnie istotne, ważne, przełomowe, żeby nie powiedzieć wiekopomne, z perspektywy czasu bledną, gubią się w gąszczu wspomnień i nie mają takiego znaczenia jakiego nadawałam im przed laty. To, co wydawało mi się tak istotne, do czego usilnie dążyłam lub co osiągnęłam, napawając dumą moich rodziców, albo podbudowując swoje wygłodniałe pochwał i pochlebstw ego,  stało się nic nieznaczącymi wydarzeniami, do których moja pamięć nie wraca. Ja też specjalnie nie staram się wracać do tych momentów, bo i po co? Nie wnoszą nic, nie wzruszają, nie sprawiają, że serce bije mocniej, a w brzuchu szaleje tysiące motyli, nie wywołują uśmiechu ani tęsknoty za tym, by takie chwile trwały i trwały w nieskończoność.
Ale na szczęście mam kilka takich w swojej głowie, do których wracam, kiedy mam wrażenie, że moje życie jest szare i nijakie. Są to na przykład momenty "zapatrzeń " w oczy kogoś, kto nadaje sens wszystkiemu, takich zapatrzeń, od których kręci się w głowie, szumi w uszach, robi się gorąco i chce się tak zostać już na zawsze. Zapatrzeń, które obezwładniają i zatrzymują wszechświat, których magiczne oddziaływanie odczuwam nadal z taką samą intensywnością.
Uwielbiam też wracać do tej jedynej w moim życiu chwili, w której zostałam mamą. Kiedy pierwszy raz przytuliłam córeczkę, miałam wrażenie, że mam w moich ramionach ucieleśnienie miłości, czułości i doskonałości. A w dniu, kiedy pierwszy raz usłyszałam z jej ust: " Kocham Cię mamusiu", stałam się najszczęśliwszą mamą na świecie. Często wracam myślami także do tych wydarzeń, które stanowiły ziszczenie się moich marzeń, które potwierdziły moją naiwną wiarę w to, że wszystko jest możliwe i które udowodniły, że nawet najbardziej szalone i niewyobrażalne rzeczy mogą się stać, czasem ot tak, jakby za pomocą czarodziejskiej różdżki.
Takie właśnie chwile przypominają mi o tym, że oprócz złych, bolesnych, rozczarowujących,  irytujących i podcinających skrzydła momentów, przeżyłam także wiele tych wspaniałych, niesamowitych, niespodziewanych, niewyobrażalnie pięknych i szczęśliwych. I tak sobie myślę - może  to dobrze, że nie ma takich magicznych przycisków, bo zamiast czekać z niecierpliwością i ciekawością na to, co przyniesie kolejny dzień, żyłabym przeszłością, celebrowałabym każdą piękną, ale minioną już chwilę i przeoczyła te, które mają dopiero nadejść.

piątek, 9 października 2015

Walka byka z parowozem!

Ulubione stwierdzenie mojego taty, którym podsumowuje wszystko to, co jest z góry skazane na sromotną porażkę, stanowi podsumowanie ostatnich moich poczynań i kwintesencję mijającego tygodnia. Splot wszystkich wydarzeń ostatnich dni doprowadził mnie do tego, że zaczęłam wątpić w sens swoich poczynań na każdym polu. Nie chcę się użalać nad sobą, bo raczej pod tym względem trzymam  pion i nie próbuję wzbudzać współczucia, litości czy jeszcze innych tego typu odczuć, ale czasem czara goryczy się przelewa, limit  kopniaków zostaje w sposób znaczący przekroczony i mam wtedy ochotę wystrzelić się w kosmos.  Nie umiem, bowiem, odciąć się od idiotyzmów, którymi raczy mnie na każdym kroku rzeczywistość. Mój umysł nie ogarnia kretyńskich zachowań, którymi jestem bombardowana od rana do wieczora. Moja logika nie jest w stanie pojąć toku myślenia pewnych ludzi i sposobu  wartościowania przez nich kompetencji innych. Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób racjonalne i rzeczowe argumenty są uważane za nic nie wartą paplaninę rozhisteryzowanej kobiety, będącej zapewne przed okresem. Nie umiem zdystansować się od hipokryzji, włazidupstwa, pozerstwa, ignorancji i ego większego niż ustawa przewiduje. Nie potrafię udawać, że mnie to nie dotyka, nie denerwuje i nie wywraca mi wnętrzności. Przez takie negatywne bodźce mój światopogląd doznaje wstrząsu, a samoocena spada do zera. Wątpię w swoje umiejętności, wiedzę, doświadczenie i jakiekolwiek zdolności. Po co były mi studia, zarywane na naukę noce, po co ambicja, chęć udowodnienia, że jestem coś warta? Po co?!!! Skoro mogę to wszystko schować sobie w najgłębszą i  najciemniejszą część szafy, biurka czy po prostu d...y, bo teraz coś zupełnie innego ma wartość. Dyplom z filologii polskiej nijak się ma do profesury z cwaniactwa. 
Wiem, to taka moja chwila słabości i rozgoryczenie w stosunku do ludzi, przepisów, układów i reguł, z  którymi muszę jakoś funkcjonować, bez względu na to, czy pasują do mojego poczucia przyzwoitości i bez względu na to czy mają jakikolwiek sens. Ale jutro będzie nowy dzień... Jakoś się otrząsnę  z szoku, którego doznaję zawsze po takiej walce byka z parowozem.  Posklejam swoją samoocenę do kupy, zacisnę zęby, żeby mi się jakieś inwektywy nie wyrwały w nieodpowiednim momencie, podniosę głowę i przetrwam... I nie dam się!!! Po prostu i tak zwyczajnie się nie dam! Choćby na złość tym, którzy próbują mi za wszelką cenę udowodnić, że teraz liczą się tylko koneksje i dobra maska, pod którą można ukryć głupotę.

wtorek, 6 października 2015

Przywiędła męskość

Od najmłodszych lat wychowano mnie w tym przekonaniu, że celem kobiety powinno być zamążpójście, a potem pełnienie roli dobrej żony, doskonałej matki i perfekcyjnej pani domu - z całym wachlarzem oferowanych usług, począwszy od kucharki, poprzez sprzątaczkę i pielęgniarkę, a na kochance kończąc. Ale na szczęście  żyję w takich czasach, że kobieta może decydować o tym, co chce robić, kiedy i z kim.
Może iść na całonocną imprezę, nawet na męski striptease, używać niecenzuralnych słów, śmiać się głośno, zaciągać się mocno życiem i czerpać z niego pełnymi garściami bez oglądania się na to, co powiedzą inni. Może i robi to. Zamienia mopa, fartuch i wałek na elegancką torebkę, laptop i telefon...i biegnie zdobywać świat, rozpychać się łokciami, walczyć o swoje i udowadniać, że jest tak samo silna jak mężczyźni wokół niej.  Sprawdza się w wieku dziedzinach, które jeszcze tak niedawno były zarezerwowane tylko dla męskiego grona. Bierze na swe, i tak już rozbudowane bary, macierzyństwo, pilnowanie ogniska domowego, ale także remonty, naprawy, wizyty u mechaników i utrzymanie domu, spychając faceta wraz z jego przywiędłą męskością  w ciemny kąt (przypominając sobie jednak czasem o jego istnieniu, kiedy ma ochotę na jakiś mały numerek).  W ciągu dnia stara się udowodnić wszystkim wokół, że mężczyzna nie jest jej potrzebny, że świetnie sobie radzi z każdym problemem, że sama zrobi wszystko lepiej, szybciej i bez zbędnego filozofowania. Tylko wieczorem, kiedy nikt nie patrzy, łyka łzy z bezsilności, z braku oparcia, poczucia bezpieczeństwa i męskiego, silnego ramienia. Bo wydawało jej się, że jest taka niezależna, dzielna i samodzielna... Bo, udowadniając sobie, że jest samowystarczalna, dostrzegła w mężczyźnie słabość, nijakość, bylejakość, aseksualność i  pasożytniczą naturę, które, nijak się mają do obrazu faceta, który od najmłodszych lat wpajali  jej: rodzina, otoczenie, tradycja i kultura masowego przekazu. Wyobrażenie a realia  rozjeżdżają się w sposób brutalny... Ale sama jest sobie winna. Super(wo)manka, Zosia- Samosia, Pani Samasobiedamradę... Odbierając mężczyźnie jego męskie obowiązki, zawłaszczając sobie coraz większe obszary aktywności, pokazując na każdym kroku, że jest , oprócz tego, że  ładniejsza (to oczywista oczywistość), ale także mocniejsza  psychicznie, bardziej zorganizowana i mocniej zdeterminowana, stała się zimną suką, która budzi lęk. A facet tego nie lubi, jego męskie ego kuli się, poziom testosteronu w zastraszającym tempie opada, a on sam ucieka z pola rażenia kobiecej siły, szukając schronienia w ramionach delikatnej, subtelnej i naiwnej laluni, przy której będzie mógł udowodnić swoją męskość.
Dlatego tak sobie myślę, że może czasem zrzucę  kostium super-bohaterki, schowam maskę Zosi- Samosi i dam się oswoić, ujarzmić, a może nawet obdarować kwiatami... Może, raz na jakiś czas, pozwolę sobie na łagodność, czułość i delikatność, tak, aby facet obok mnie nie zapomniał, że to jednak jego natura obdarzyła jajami.

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...