niedziela, 3 listopada 2019

Bycie w niebycie

Ten listad jest inny... Inny był wrzesień z całym jego porządkiem, inny październik, mimo tak samo spadających liści. Inne są te wszystkie minuty, godziny i dni bez Bartka obok. Oswajam się z tym, że rano wyciągam tylko dwa kubki - w jednym kakao dla Dobrochny, a w drugim kawa dla mnie. Kilka razy, z rozpędu, z przyzwyczajenia, stawiałam trzy... Przyzwyczajam się do wychodzenia z domu bez wspólnego przytulenia, bez "kupy mięcha", jak to mówił Bartek. Wiem, że po powrocie nie będzie już na mnie czekał w przedpokoju, że w kuchni nie będzie stał kubek z gorącą kawą,  i nie usłyszę już z jego ust pytania o to, jak minął dzień. Nie ma już tych drobnych gestów, czynności, które stanowiły porządek dnia. Nie ma tych stałych elementów, które tworzyły naszą historię.  Nie ma go. I wszystko jest inne. Mieszkanie, codzienny porządek, nawet pies zachowuje się spokojniej i czasem, kiedy widzi w oddali postać przypominającą Bartka, merda wesoło ogonem i chce podbiec, przywitać się i polizać po twarzy. Staram się oswoić tą inność. Samej byłoby mi cholernie trudno. Ale wiem, czuję i widzę, że mam wokoło siebie wspaniałych ludzi, którym chciałabym z całego serca teraz i w tym miejscu podziękować. Tacie, który zrobił najtrudniejszą rzecz - znalazł Bartka i musiał mi powiedzieć o tym co się stało, mamie, która nie mogąc być przy mnie, wspierała z całych sił, rodzicom Bartka za siłę i spokój, braciom za to, że rzucili wszystkie obowiązki i przyjechali, aby mnie wspierać i pomagać, siostrze, która sprawiła, że w tych trudnych chwilach Dobrusia nie była sama.  Bratu Bartka i jego żonie Kasi za pomoc i sprawienie, że moja córka miała cudowne zakończenie wakacji, Karolinie za rozmowę, dzięki której jakoś ogarnęłam zawieruchę emocjonalną, Madzi mojej kochanej za to, że znalazła chwilę by mnie wesprzeć i tym wszystkim, którzy pomogli mi nie tylko wsparciem, dobrym słowem i obecnością. Bez Was byłoby mi o wiele trudniej być w tym niebycie. Ale chciałabym też podziękować mojej córce, która okazała niezwykłą dojrzałość i mądrość, która potrafiła oddzielić obraz prawdziwego, kochającego ojca, od tego, którego opanowała choroba. Dzięki niej pojęłam i łatwiej zaakceptowałam fakt, że śmierć Bartka była konsekwencją choroby, na którą zabrakło lekarstwa.
Nie jest łatwo tu być. Dużo rzeczy wykonuję automatycznie, z przyzwyczajenia,  zaklinając rzeczywistość i nie dając wiary w to, że moje życie się zmieniło. Ale przychodzą takie chwile, że  świadomość zmian, które zaszły, poraża mnie, uderza prosto w policzek i, paradoksalnie, każe iść do przodu. Show must go on. Wiem o tym i nie chowam się w czterech ścianach, nie tkwię w stanie permanentnego smutku epatując nim na każdym kroku. W moim sercu zawsze będą gościły tęsknota za Bartkiem, żal, że nie zestarzejemy się razem, patrząc jak nasza córka dorasta i idzie własną drogą i ten smutek, który gdzieś tam zawsze będzie w moich oczach. Tego nie zmienię. Ale nie będę uciekać przed życiem i tym, co przyniesie. Nie schowam się przed ludźmi, nie zmienię się w pustelniczkę, albo zrzędliwą matronę w czerni. Będę żyć najlepiej jak umiem, tak aby Bartek, patrzący gdzieś tam z nieboskłonu, był ze mnie dumny i uśmiechał się pod nosem.
Każdego dnia patrzę na jego zdjęcie. "Masz misję, mój drogi- codziennie mu przypominam - tam na górze widzisz więcej, więc nam pomagaj i chroń nas, tak jakbyś był obok". I wierzę, że tak jest. Bo ja, po tym co się stało,  nie obraziłam się ani na Bartka, ani na śmierć, ani na życie. Jestem. Trwam. Składam świat na nowo. Pamiętam i zawsze będę o nim pamiętać. Ale muszę też tę  inność, obcość i pustkę oswoić i na swój sposób polubić, aby pewnego dnia  mogły zamienić się w zwykłą, dobrą i spokojną codzienność.

niedziela, 8 września 2019

Bez Ciebie

13 sierpień 2019 roku. Dzień jak każdy. Ale nie dla każdego. Dla mnie i naszej córki to był ostatni dzień z Tobą. Kilka porannych godzin, wspólna kawa, pomoc przy rozwieszaniu prania i pstryk... zniknąłeś. Zamilkły Twoje usta, ucichły Twoje kroki, zgasły Twoje oczy... Pokonała Cię choroba, która od kilku miesięcy, krok po kroku, komórka po komórce, opanowywała Twoje myśli, która zamieniała nam kochanego, czułego oraz wrażliwego ojca i męża w udręczony i cierpiący wrak człowieka. Wiem, że kiedy postanowiłeś zakończyć swoje życie, to  nie byłeś już Ty. Nie ten, który z nadzieją i miłością patrzył mi w oczy prosząc o rękę, biorąc ślub czy tuląc po raz pierwszy naszą córkę. Wiem, że to nie Ty zdecydowałeś o takim zakończeniu, tylko Twoja choroba podstępnie zawłaszczająca Twój umysł i serce. Kiedy patrzyłam w Twoje oczy nie widziałam już Bartka. Tylko lęk, ból, udrękę i rozpacz. 
Ostatnie miesiące były bardzo trudne. Dla Ciebie przede wszystkim. Ale dla mnie i dla naszej córki także. Z rosnącym strachem patrzyłyśmy na to, jak każdego dnia oddalasz się od nas i zamykasz w swoim świecie. Starałam się, aby wszystko nadal funkcjonowało według ustalonego porządku, żeby Dobrochna nie odczuła, że dzieje się coś złego. Ale nie udało mi się ani uratować Ciebie, ani uchronić naszej córki przed tymi wszystkimi trudnymi przeżyciami i ciężkimi chwilami. Starałyśmy się ze wszystkich sił żyć normalnie, ale jak można to robić, kiedy obok widzisz najukochańszą osobę pogrążającą się w otchłani? Nie umiałam Ci pomóc.  I czułam, że przyjdzie taki dzień, że Cię stracimy. Nawet nie przypuszczałam, że stanie się to tak nagle. Nawet w dwunastą rocznicę ślubu, która była 4 sierpnia, przemknęło mi przez myśl, że to już ostatnia nasza rocznica. Ale odrzuciłam ją szybko z niedowierzaniem. Bo jak to tak żyć bez Ciebie? Jak to miałoby wyglądać? Bez Twojego uśmiechu, bez porannej kawy wspólnie wypitej? Bez Twoich żartów? Bez przytulasów? Bez "kocham Cię"? Bez Twoich płyt i książek walających się w kuchni? Niewyobrażalne to było dla mnie jeszcze miesiąc temu. A dzisiaj, kiedy siedzę w naszym mieszkaniu i mam wrażenie, że zaraz przyjdziesz, uderza mnie z całą siłą Twoja nieobecność. I to, że już nigdy Cię tu nie zobaczę. Nigdy. Dziwne to słowo i takie kategoryczne. Wwierca się w serce i rozdziera je na drobne kawałki. Nigdy. Patrzę na Twoje zdjęcia i nie chcę wierzyć w to nigdy. Ale nie mam wyjścia. Od momentu Twojego odejścia żyłam jak automat. Robić nie myśleć. Jak za dużo myślałam połykałam tabletki, aby przerwać, aby zasnąć, aby zagłuszyć ten krzyk w środku. Było łatwiej dopóki pomieszkiwałyśmy u rodziców. Ale w momencie powrotu do mieszkania rozpadłam się na kawałki. Pusty kubek po herbacie, Twój szlafrok w łazience, zapach Twojej wody toaletowej, rozpoczęta lektura i kapcie w przedpokoju dobitnie udowodniły mi, że Ciebie nie ma i nie będzie. A ja muszę tu być nadal. I zbudować nowy świat dla Dobrochny. Próbuję. Sprzątam Twoje rzeczy. Wybieram te dla nas najważniejsze i chowam do specjalnego pudełka. Zostawiłam kilka płyt, które uwielbiałeś, kilka ubrań, które pachną Tobą i Twoją ulubioną błękitną  bluzę, w której przyśniłeś mi się w noc po Twoim samobójstwie. Porządkuję, przestawiam i próbuję wszystko pozmieniać, żeby było zupełnie inaczej, nie tak jak wtedy, gdy byłeś. I włosy ścięłam. I staram się ze wszystkich sił trzymać pion. Ale jeszcze mi to nie wychodzi zbyt dobrze. Wystarczy jakieś wspomnienie, jakaś migawka z naszych wspólnie przeżytych dni i łzy same turlają się po policzkach i serce ściska tęsknota, która wnika do każdej komórki i sprawia, że chcę z całych sił cofnąć czas, obudzić się z tego snu... Ale przecież to nie sen. 
Patrzę przez kuchenne okno na świat, który trwa nadal i powtarzam sobie, że ja też muszę trwać. Wbrew temu wszystkiemu. Dla naszej córki. I trochę dla siebie, żeby nie wyjść na słabeusza. I wiem, że dam radę. Poskładam to wszystko na nowo, ale powolutku. Krok po kroku, dzień po dniu. I wiem także, że jeszcze wiele razy będę płakać z tęsknoty za Tobą. Ale przetrwam. I poczekam cierpliwie, aż gdzieś tam znowu  się spotkamy. Tak więc: Do zobaczenia Mój Kochany! 

piątek, 19 lipca 2019

Nokaut - w życiu

Ostatnie tygodnie nie były łatwe dla kogoś takiego jak ja. Kogoś,  kto lubi ład, porządek, logiczny ciąg zdarzeń, przewidywalne konsekwencje i jasne reguły. Ale cóż, życie to nie jest bajka, jak mawiają nawięksi myśliciele. Zresztą, takich scenariuszy jakie komponuje i podsyła nam los, nie jest w stanie obmyślić żaden, nawet najbardziej utalentowany, scenarzysta tureckich telenoweli. I może to dobrze. Nie ma to jak atak z zaskoczenia, uderzenie z tzw. liścia i kopniak prosto w czułe miejsce. Człowiek nie ma czasu na analizę zaistniałej i jakże zaskakującej sytuacji, tylko staje jak wryty, tudzież leży zaszokowany i niedowierza. Jakże to tak? Za co? Za jakie grzechy? (A jakieś zawsze się przecież znajdą, więc to pytanie paść nie powinno). A potem... No właśnie, co zrobić kiedy życie pokazuje swoje ciemne oblicze? Kiedy nie tylko rzuca Ci kłody pod nogi, ale jeszcze Cię nimi okłada? Jak zareagować na taką agresję i niesprawiedliwość? Jak żyć? - chciałoby się zapytać, tylko nie bardzo wiadomo kogo. Możesz szukać sensu w tych niespodziewanych, często okrutnych i bolesnych życiowych kuksańcach i zaczytywać się w pseudonaukowych poradnikach mających na celu wskazanie Ci nowej, cudownej i fantastycznej drogi czy nawet autostrady. Tylko istnieje ryzyko, że zanim odnajdziesz ten upragniony sens, skończy się Twój czas. Możesz zatem obwieścić  całemu światu jaka spotkała Cię krzywda i nieprawość, a potem karmić się litością i współczuciem otoczenia, mając złudne poczucie wsparcia i słabo, niestety, umotywowanego wrażenia, że jesteś pępkiem wszechświata. Wyjście to ryzykowne, bo ludzi opanowała znieczulica. I nawet jeśli przez chwilę zatrzymają się, aby posłuchać Twojej historii i poklepać Cię po ramieniu z wyrazami wsparcia na ustach, to zaraz odwrócą głowę, uciekną wzrokiem i skupią się na swoim idealnym, pięknym i jakże szczęśliwym życiu. Albo też zwyczajnie będą mieli dosyć Twojego biadolenia, narzekania i utyskiwania, ponieważ sami zostali właśnie skopani i pobici przez życie. Możesz zamilknąć. Zacisnąć usta, pięści, cztery litery czy cokolwiek innego i robić swoje. Wstawać rano, bo przecież słońce znowu wstało, chociaż masz wrażenie, że Twój świat się skończył. Wypić kawę, zjeść śniadanie i wypalić papierosa, jakby nic się nie zmieniło, jakby porządek wszechrzeczy trwał nadal niezmienny, stały i wieczny, chociaż czujesz, że wszystko to, co Cię spotyka jest jakimś chaotycznym tańcem ślepego losu. Możesz próbować nie robić sobie nic z tego, że właśnie oberwałeś prosto w serce, głowę czy splot słoneczny i udawać, że wszystko jest super, extra, fajne, cool i zajebiste. I możesz sobie powtarzać optymistyczne mantry, wmawiać uduchowione dyrdymały i robić dobrą minę do złej gry, ale to grozi samodestrukcją. Czasem powolną, ale pozwalającą na znalezienie ratunku. A czasem szybką jak skok z wieżowca.  Co zatem zrobić, kiedy życie chce Cię znokautować? Pozwolić na ten nokaut i niech się dzieje wola nieba (bo z nią się zawsze  zgadzać trzeba, jak twierdził Fredro, ale ja niekoniecznie)? Walczyć na oślep nieprzebierając w środkach i sposobach. Brać jeńców i zakładników. Nie patrzeć na innych i po trupach, byle do celu, byle wygrać, choćby nie został kamień na kamieniu? A może, kiedy padnie cios, podnieść się po prostu, z godnością, spokojem i opanowaniem. Wytrzymać ból i strach. Stanąć mocno na nogach, uspokoić oddech, wyciszyć płacz i zgrzytanie zębów (ze złości i bezsilności) i po prostu zacząć żyć na nowo. Bo te życiowe nokauty mają Cię zatrzymać w tym szalonym biegu, mają Cię obudzić, wstrząsnąć i naprostować. Ale przede wszystkim mają Ci przypomieć, że nic nie trwa wiecznie. Dlatego nie było mnie tutaj dosyć długo. Milczałam. Szukałam odpowiedzi, chciałam zrozumieć, poukładać wszystko w odpowiednie szufladki i zdefiniować ich zawartość.  Ale to nie ma sensu, bo życia nie da się zamknąć w formułkach, wzorach i przepisach. Życia nie da się tak po prostu opisać jedną prostą formułą... Życie trzeba przeżyć. A zwłaszcza nokauty. 

piątek, 29 marca 2019

Głupia baba!

Ależ mam ochotę dać sobie w twarz z liścia! Albo wylać kubeł lodowatej wody na moją durną łepetynę! Lub chociaż pobiczować się w intencji oświecenia mojego ciemnego umysłu (chociaż na to jest już za późno)! Jestem na siebie wkurzona! Zirytowana obranymi w młodzieńczych latach ideałami i celami życiowymi, które okazały się może i chwalebne, ale jakże jałowe pod względem realizmu życiowego w naszym ukochanym i przepięknym kraju! I znowu potwierdza się ludowa mądrość, że trzeba słuchać mamy! A trzeba mi było posłuchać mojej rodzicielki, kiedy łapała się za głowę i pytała po co idę po dalszą naukę do liceum? "Przecież nie będziesz miała żadnego zawodu!" - powtarzała mi raz po raz, ale ja otumaniona wizją studiów wyższych i tytułem magistra, nie zważałam na jej słowa i złościłam się, że podcina mi skrzydła! O głubia babo! - myślę sobie dzisiaj, mając na myśli moją i tylko moją osobę. Na cóż Ci tytuły, duma ze świetnych ocen i autorska praca magisterska, którą zżera kurz i zapomnienie, a która nawet nie może posłużyć jako papier toaletowy, bo z jednej strony jest zbyt twarda pod względem materiału, a z drugiej nie wypada chyba tak z literaturą wchodzić do czterech liter (chociaż znam takich, co nie tyle z literaturą, ale osobiście tam wchodzą z największą przyjemnością).  I po co zmarnotrawiłaś pięć lat swojego życia zaczytując się w arcydziełach epiki, liryki i dramatu, zamiast zakończyć edukację w technikum czy szkole zawodowej i zostać kosmetyczką, fryzjerką, krawcową czy cukiernikiem? Na pewno bym na tym wyszła o wiele lepiej niż idąc na studia. Szczerze. Żałuję, że nie posłuchałam mamy i dałam się wciągnąć w mrzonkę o byciu wykształconym elementem naszego społeczeństwa, który po powrocie w rodzinne strony będzie niósł kaganek oświaty.  I co mi to dało? Zgryzotę, zniechęcenie, a dzisiaj to nawet taką złość na siebie, że mam ochotę wyjść i coś zdewastować pod osłoną nocy! Żałuję swoich głupich decyzji o wyborze szkoły średniej, o studiowaniu na kierunku, który jest tak mało praktyczny i potrzebny i tego, że zostałam w kraju. Zamiast wyjechać wtedy, kiedy tylu moich znajomych rzucało sentymenty patriotyczne w kąt zastępując je czysto ekonomiczną kalkulacją, mi zachciało się iść pod prąd! I niestety, nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu!!! O jakże naiwna byłam! Wierzyłam w to, że wykształcony człowiek znajdzie w tym kraju pracę, za którą będzie uczciwie i należycie wynagradzany, rzetelnie oceniany, nie przez pryzmat animozji czy sympatii, ale poprzez wiedzę i doświadczenie. Niestety, nie w tym życiu, nie w tej bajce i nie w tym kraju! Może ktoś mi zarzuci, że narzekam, że jestem niezaradna, że użalam się nad sobą... Ma prawo, ale ja także mam prawo czuć rozżalenie, rozczarowanie, złość i żal, że pomimo mojego wysiłku, uczciwej pracy i starań nie jestem w stanie zapewnić mojej rodzinie stabilności i bezpieczeństwa finansowego, że gdyby nie teściowie i ich pomoc, nie stać byłoby mnie na leczenie córki i jej aparat ortodontyczny. Mam, po prostu, dosyć uderzania głową w mur, kiedy każda próba znalezienia innej pracy wiąże się z minimalną pensją, a  dodatkowe źródło dochodu w postaci korekt czy redagowania tekstów wymaga zarywania kolejnych nocy. A niestety, nie umiem kombinować, oszukiwać, wykorzystywać i pogrywać! Nie mam "ustawionych" rodziców, znajomych na stanowiskach i szerokich koneksjach. Nawet talentów lub chociaż jednego wybitnego talentu nie posiadam. Zwykła jestem! Głupia baba, która myślała, że da radę! Ale dzisiaj nie mam siły na dawanie rady... Może jutro spróbuję... Albo pojutrze. 
P.S. Dla czytających ten wpis: słuchajcie rodziców i ludzi z większym bagażem życiowych doświadczeń, bo prędzej czy później okazuje się, że zawsze mają rację. 

sobota, 2 lutego 2019

Maska

Tydzień temu miałam okazję uczestniczyć w niezwykle inspirujących zajęciach, których efektem jest wykonana przeze mnie maska. Miała być wenecka zgodnie z tematyką zajęć, ale ja, jak zwykle zresztą, poszłam w swoją stronę i zrobiłam coś z pogranicza greckiej maski teatralnej i nieokiełznanej fantazji twórczego umysłu. A wszystko przez to, że dokładne odzwierciedlenie rysów mojej twarzy, a zwłaszcza nosa, prowadzącej zajęcia - Pani Kasiu chylę czoła - przywiodły na myśl Grecję i tamtejszy kanon urody. Natchniona tym pomysłem dałam się ponieść artystycznej swawoli czego wyrazem stała się maska Meduzy. W porównaniu z innymi, cudnie weneckimi, ozdobnymi, wysublimowanymi i tak rewelacyjnie kryjącymi prawdziwe oblicze maskami wykonanymi przez pozostałe uczestniczki zajęć, moja wydała mi się zupełnie nie na miejscu. Dopiero dzisiaj, kiedy zawisła na ścianie, kiedy spojrzałam na nią oczami nie twórcy, ale zwyczajnej mnie i kiedy przestałam porównywać ją do innych masek, zobaczyłam w niej coś, co mnie uderzyło i poruszyło. Zobaczyłam siebie. Tak, tą złą, okropną Meduzę też, ale przede wszystkim zobaczyłam przed oczami to wszystko, co zwykle chowam w sobie głęboko: strach, niepewność, smutek i rozgoryczenie. Skrywane emocje wypełzły ze mnie niczym macki mitologicznej postaci i zostały uchwycone w nieruchomej masce. To, co chciałam ukryć zostało odkryte... Dziwne to i przejmujące uczucie - zobaczyć to, co się czuje głęboko w sercu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nie robiłam tego specjalnie. Ręce same mnie niosły, kolory i kształty kreowały się intuicyjnie. Pasja tworzenia pobudziła chyba moją podświadomość... Oj, Freud chyba miały tutaj o czym rozprawiać (i wcale nie chodzi o aspekty seksualne, hihihi). Swoją drogą, takie przeżycie jest wielce oczyszczające i pobudzające. Naocznie mogłam się przekonać, jak chowane przed wszystkimi, a zwłaszcza przed samą sobą emocje i uczucia, dyskretnie przysiadają w kącikach ust i oczu, na zmarszczonym czole. Jak rozterki, strach i ciągłe niewiadome zaciskają, milimetr po milimetrze, linię żuchwy, a zwiedzione nadzieje, odkładane wciąż na później plany i marzenia nadają całej twarzy złowrogi i chmurny wyraz. I moja maska stała się dla mnie symbolem nie tajemniczej postaci i karnawałowej zabawy, ale prawdziwej mnie, tej, której właśnie na co dzień nie widać.  Popatrzyłam na siebie zaklętą w masce Meduzy i pomyślałam, że wielu z nas powinno zrobić sobie taki eksperyment. Skupić wzrok na dokładnym odbiciu każdego elementu swojej twarzy i zobaczyć prawdziwego siebie, bez codziennej maski sztucznej radości, niczym nieuzasadnionego optymizmu, egoizmu, wyższości i obojętności. Ale nie poprzestawać na tym i dostrzec także, a może przede wszystkim piękno i niepowtarzalność, które kryją się w każdym z nas, a o którym tak często zapominamy, próbując za wszelką cenę być kimś innym niż jesteśmy. 

Zadziwienie

Moje 45 lat - wiek słuszny, niemal zaawansowany i wskazujący na to, że posiadam życiową wiedzę oraz doświadczenie, które predestynują mnie d...