Przejdź do głównej zawartości

Posty

Przewrotność losu

Kiedy byłam młoda i piękna, a było to jakieś 20 lat temu, myślałam, że nie ma nic lepszego niż poświęcić się karierze naukowej, a jeżeli już dane mi będzie założyć z kimś rodzinę, to zrobię to z mężczyzną, który wszystko zaplanuje, zorganizuje i będzie stał na straży bezpieczeństwa i dobrobytu tej najmniejszej komórki społecznej. O jakże wielką naiwnością się wykazałam w moim poprzednim wcieleniu! Jaką głupotą życiową byłam przepełniona i jakże niedojrzałym podejściem do realiów życiowych się kierowałam! Na szczęście jakiś palec boży wskazał mi inną drogę życiową i postawił na mojej drodze człowieka, który nauczył mnie niezależności, samodzielności i radzenia sobie ze wszystkim. Często psioczyłam w duchu na to, że muszę być "herszt-babiszonem" trzymającym w ryzach wszystkie codzienne sprawy, obowiązki i powinności, że nie mogę sobie pozwolić na beztroską egzystencję typu "leżę i pachnę", że muszę kopać się z życiem i brać się z nim za bary każdego dnia. Był to dl...

Wyjście ze zgiełku

Czas biegnie tak szybko. Nowy rok zaskoczył mnie swoją wizytą. Zmiana kalendarzy i daty z jednej strony stała się nieunikniona, ale z drugiej wcale tego nie oczekiwałam z drżeniem serca czy podekscytowaniem. Nie obiecuję sobie niczego. Nie mam postanowień, nie planuję rewolucji w moim życiu, bo tych było w ostatnim czasie dosyć dużo. Nie oczekuję cudów i wzlotów. Raczej przygotowuję się na upadki, ciosy i rozczarowania. Inaczej niż zwykle. Wcześniej nadejście nowego roku witałam z nadzieją i wiarą w to, że będzie lepiej, prościej i bardziej sprawiedliwie. Teraz wolę podejść do tematu racjonalnie z lekką nutą sceptycyzmu i pesymizmu. Albo się pozytywnie rozczaruję, albo nic mnie nie zaskoczy. Dosyć mam tych niespodzianek, zaskoczeń, zdziwień i zaszokowań. Wolę spokój. Chcę się zatopić w cichym nurcie codzienności i żyć nowym porządkiem. Bez zachwytów nad ulotnością dnia, bez żalu nad przemijalnością ludzi, chwil i zdarzeń. Bez gwałtownych wzlotów i bolesnych upadków. Potrzebuję chwil...

Bycie w niebycie

Ten listad jest inny... Inny był wrzesień z całym jego porządkiem, inny październik, mimo tak samo spadających liści. Inne są te wszystkie minuty, godziny i dni bez Bartka obok. Oswajam się z tym, że rano wyciągam tylko dwa kubki - w jednym kakao dla Dobrochny, a w drugim kawa dla mnie. Kilka razy, z rozpędu, z przyzwyczajenia, stawiałam trzy... Przyzwyczajam się do wychodzenia z domu bez wspólnego przytulenia, bez "kupy mięcha", jak to mówił Bartek. Wiem, że po powrocie nie będzie już na mnie czekał w przedpokoju, że w kuchni nie będzie stał kubek z gorącą kawą,  i nie usłyszę już z jego ust pytania o to, jak minął dzień. Nie ma już tych drobnych gestów, czynności, które stanowiły porządek dnia. Nie ma tych stałych elementów, które tworzyły naszą historię.  Nie ma go. I wszystko jest inne. Mieszkanie, codzienny porządek, nawet pies zachowuje się spokojniej i czasem, kiedy widzi w oddali postać przypominającą Bartka, merda wesoło ogonem i chce podbiec, przywitać się i poli...

Bez Ciebie

13 sierpień 2019 roku. Dzień jak każdy. Ale nie dla każdego. Dla mnie i naszej córki to był ostatni dzień z Tobą. Kilka porannych godzin, wspólna kawa, pomoc przy rozwieszaniu prania i pstryk... zniknąłeś. Zamilkły Twoje usta, ucichły Twoje kroki, zgasły Twoje oczy... Pokonała Cię choroba, która od kilku miesięcy, krok po kroku, komórka po komórce, opanowywała Twoje myśli, która zamieniała nam kochanego, czułego oraz wrażliwego ojca i męża w udręczony i cierpiący wrak człowieka. Wiem, że kiedy postanowiłeś zakończyć swoje życie, to  nie byłeś już Ty. Nie ten, który z nadzieją i miłością patrzył mi w oczy prosząc o rękę, biorąc ślub czy tuląc po raz pierwszy naszą córkę. Wiem, że to nie Ty zdecydowałeś o takim zakończeniu, tylko Twoja choroba podstępnie zawłaszczająca Twój umysł i serce. Kiedy patrzyłam w Twoje oczy nie widziałam już Bartka. Tylko lęk, ból, udrękę i rozpacz.  Ostatnie miesiące były bardzo trudne. Dla Ciebie przede wszystkim. Ale dla mnie i dla naszej cór...

Nokaut - w życiu

Ostatnie tygodnie nie były łatwe dla kogoś takiego jak ja. Kogoś,  kto lubi ład, porządek, logiczny ciąg zdarzeń, przewidywalne konsekwencje i jasne reguły. Ale cóż, życie to nie jest bajka, jak mawiają nawięksi myśliciele. Zresztą, takich scenariuszy jakie komponuje i podsyła nam los, nie jest w stanie obmyślić żaden, nawet najbardziej utalentowany, scenarzysta tureckich telenoweli. I może to dobrze. Nie ma to jak atak z zaskoczenia, uderzenie z tzw. liścia i kopniak prosto w czułe miejsce. Człowiek nie ma czasu na analizę zaistniałej i jakże zaskakującej sytuacji, tylko staje jak wryty, tudzież leży zaszokowany i niedowierza. Jakże to tak? Za co? Za jakie grzechy? (A jakieś zawsze się przecież znajdą, więc to pytanie paść nie powinno). A potem... No właśnie, co zrobić kiedy życie pokazuje swoje ciemne oblicze? Kiedy nie tylko rzuca Ci kłody pod nogi, ale jeszcze Cię nimi okłada? Jak zareagować na taką agresję i niesprawiedliwość? Jak żyć? - chciałoby się zapytać, tylko nie...

Głupia baba!

Ależ mam ochotę dać sobie w twarz z liścia! Albo wylać kubeł lodowatej wody na moją durną łepetynę! Lub chociaż pobiczować się w intencji oświecenia mojego ciemnego umysłu (chociaż na to jest już za późno)! Jestem na siebie wkurzona! Zirytowana obranymi w młodzieńczych latach ideałami i celami życiowymi, które okazały się może i chwalebne, ale jakże jałowe pod względem realizmu życiowego w naszym ukochanym i przepięknym kraju! I znowu potwierdza się ludowa mądrość, że trzeba słuchać mamy! A trzeba mi było posłuchać mojej rodzicielki, kiedy łapała się za głowę i pytała po co idę po dalszą naukę do liceum? "Przecież nie będziesz miała żadnego zawodu!" - powtarzała mi raz po raz, ale ja otumaniona wizją studiów wyższych i tytułem magistra, nie zważałam na jej słowa i złościłam się, że podcina mi skrzydła! O głubia babo! - myślę sobie dzisiaj, mając na myśli moją i tylko moją osobę. Na cóż Ci tytuły, duma ze świetnych ocen i autorska praca magisterska, którą zżera kurz i zapom...

Maska

Tydzień temu miałam okazję uczestniczyć w niezwykle inspirujących zajęciach, których efektem jest wykonana przeze mnie maska. Miała być wenecka zgodnie z tematyką zajęć, ale ja, jak zwykle zresztą, poszłam w swoją stronę i zrobiłam coś z pogranicza greckiej maski teatralnej i nieokiełznanej fantazji twórczego umysłu. A wszystko przez to, że dokładne odzwierciedlenie rysów mojej twarzy, a zwłaszcza nosa, prowadzącej zajęcia - Pani Kasiu chylę czoła - przywiodły na myśl Grecję i tamtejszy kanon urody. Natchniona tym pomysłem dałam się ponieść artystycznej swawoli czego wyrazem stała się maska Meduzy. W porównaniu z innymi, cudnie weneckimi, ozdobnymi, wysublimowanymi i tak rewelacyjnie kryjącymi prawdziwe oblicze maskami wykonanymi przez pozostałe uczestniczki zajęć, moja wydała mi się zupełnie nie na miejscu. Dopiero dzisiaj, kiedy zawisła na ścianie, kiedy spojrzałam na nią oczami nie twórcy, ale zwyczajnej mnie i kiedy przestałam porównywać ją do innych masek, zobaczyłam w niej coś...